poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział 17

*Lucy*
   Była godzina 18:40, kiedy szłam chodnikiem z ledwością, przepychając się przed grubą warstwę, nieodśnieżonego śniegu do domu Lily, gdzie umówiłyśmy się całą trójką, na wspólne oglądanie meczu Manchester United kontra Liverpool. Ja i Kate nie jesteśmy, co prawda, wielkimi fankami piłki nożnej, jednak obie miałyśmy zamiar, śledzić cały mecz z pewnych względów. Ja - ponieważ chcę zobaczyć Louisa, Kate - ponieważ obiecała Justinowi, że będzie mu kibicować, a Lily, cóż z tych samych względów z tą różnicą, że obiecała to Liamowi, a dodatkowo można powiedzieć, że interesuje się nogą.
   Wreszcie zmęczona, dotarłam pod drzwi Lily naciskając dzwonek i czekając na to, aż przyjaciółka mi otworzy. Po chwili blondynka wpuściła mnie do środka, przytulając na powitanie, a następnie zostawiając mnie w przedpokoju i pozwalając mi, na spokojne rozebranie się, ona sama natomiast pognała w głąb kuchni, skąd po krótkim czasie słychać było brzdęk, przestawianych butelek.
  - Wolisz czerwone wino czy może jakiś mocniejszy alkohol? - krzyknęła odgarniając swoje blond loki, nachodzące jej na twarz.
  - Na początek może być wino. - uśmiechnęłam się, wyjmując z szafki ciemno - zieloną, szklaną butelkę z czerwonym winem. - Twoi rodzice się nie wkurzą, kiedy zobaczą ubytki w swojej kolekcji? - wskazałam wolną ręka na szafkę, skąd wyjęłyśmy wino.
  - Mówiłam im, zanim pojechali, że możemy sobie troszeczkę wypić. - zachichotała Lil, zabierając mi z ręki butelkę, po czym sprawnie, otworzyła ją korkociągiem i rozlała alkohol do dwóch kieliszków.
  - Kiedy przyjdzie Kate? - spytałam zabierając z blatu jeden kieliszek i upijając z niego nieduży łyk.
  - Dzwoniłam do niej kilka minut temu. Powiedziała mi wtedy, że już czeka na taksówkę.
  - Myślałam, że zawiezie ją Zayn, tak jak zawsze. - Zayna spokojnie można było, nazwać szoferem Kate. Woził ją wszędzie gdzie tylko chciała, z racji tego, iż sama nie posiadała ani auta, ani prawa jazdy oraz tego, że najzwyczajniej nie potrafił, odmówić swojej ukochanej siostrze, którą praktycznie sam wychowuje. Kate jest bardzo sprytna i często nadmiernie to wykorzystuje, jednak jak na razie jej bratu to nie przeszkadza.
  - Poszedł ze swoja dziewczyną do kina. Nie mógł jej do mnie przywieźć, a Kate raczej nie poprosi o to, swojego ojca albo matki.
  - No tak. - westchnęłam, wchodząc do salonu i rozsiadając się wygodnie na mięciutkiej kanapie Lily naprzeciwko postawionego na stoliku telewizora, całkiem sporych rozmiarów. Dom Lily, był urządzony głównie w kolorze jasno - niebieskim. Ściany w prawie wszystkich pokojach były pomalowane na błękitno - szaro. W rogu, niedaleko stołu z ciemnego, dębowego drewna stał kominek, który rzucał poświatę sztucznych, pomarańczo- żółtych płomyków na pokój. Kuchnia była połączona razem z salonem i jadalnią tak jak w większości, angielskich domów. Rzadko, gdzie można spotkać kuchnie, oddzielone od pokoi dziennych. Na dywanie z niebieskimi frędzelkami leżały porozrzucane klocki Lego zostawione przez Matta - młodszego brata Lily. Niedawno zaczął, chodzić do szkoły, jednak układanie statków i pojazdów kosmicznych z klocków, nadal pozostało jego największą pasją.
   Lily usiadła obok mnie, popijając swoje wino, a drugą ręką sięgając po pilota, po to, by móc włączyć telewizor. Na ekranie błysnęła reklama wody mineralizowanej, sponsorującej mecz, a po niej jeszcze kilka następnych. Mecz miał się zacząć dosłownie za małą chwilę, a Kate nadal jeszcze nie było, dlatego wyciągnęłam komórkę z kieszeni swoich spodni, z zamiarem zadzwonienia do niej i oświadczenia, że za chwilę wszystko się zacznie. Nie musiałam jednak tego robić, ponieważ zanim zdążyłam, nacisnąć zieloną słuchawkę na ekranie, po domu rozległ się głośny dzwonek do drzwi, na co Lily wstała w pośpiechu i pognała, żeby je otworzyć. Z kanapy doskonale widziałam jak Kate i Lily, przytulają się na przywitanie. Rozmawiały ze sobą przez chwile dopóki Kate nie zdjęła z siebie kurtki i swoich botków, a następnie weszła do salonu witając się w taki sam sposób również ze mną.
  - Popatrzcie, co przyniosłam. - zapiszczała wesoło, wyjmując ze swojej czarnej, skórzanej torby od Micheala Korsa, dwie półlitrowe butelki Jacka Danielsa.
  - Kupiłaś to po drodze? - spytała Lily, biorąc do ręki jedną z butelek.
  - Nie. - zaprzeczyła Kate, wesoło kręcąc głową i potrząsając swoimi ciemnymi włosami.
  - Więc skąd to masz? - tym razem to ja zadałam pytanie, spoglądając na przyjaciółkę podejrzliwym wzrokiem.
  - To są właśnie uroki posiadania starszego brata. - zaśmiała się, biorąc z miski ustawionej na stoliku chrupka.
  - Ukradłaś Zaynowi alkohol? - Lily również się roześmiała, wyjmując ze szklanej gablotki ze szklankami, te przeznaczone do picia whiskey.
  
  - Jakie tam znowu ukradłam. Po prostu sobie od niego bezzwrotnie pożyczyłam. Nie mogłam, nie skorzystać z tak doskonałej okazji, kiedy go nie było.
  - Jasne. - zaśmiałam się razem z Lily jednocześnie, podczas gdy ona rozlewała "bezzwrotnie pożyczone" whiskey Zayna do trzech kryształowych szklanek, a później rozcieńczyła je z colą. Zdążyła jedynie, postawić je przed nami, a na ekranie zamigotało duże, zielone boisko, na które po chwili po kolei zaczęli, wychodzić piłkarze obu drużyn. Zapiszczałam entuzjastycznie, gdy na ekranie dostrzegłam Louisa, trzymającego za rączkę kilkuletniego chłopczyka, który patrzył na niego, unosząc swoją małą główkę do góry, z podziwem i jednocześnie wielkim szczęściem. Za nim szli Justin, Liam, Charlie i kilku innych piłkarzy, których imion nie znałam, podobnie jak ich samych. Każdy z nich trzymał za rękę, innego chłopca ubranego w koszulkę z logo "Manchester United". Wszyscy ci chłopcy wychodzili na boisko z nie małą dumą i ogromnymi uśmiechami, wymalowanymi na twarzy. Po odprawieniu krótkiej ceremonii rozpoczynającej mecz, dzieci wróciły do szatni, a piłka została ustawiona na środku boiska, by po chwili gra rozpoczęła się na dobre. Spiker nie nadążał, informować kibiców, kto aktualnie ma w swoim posiadaniu piłkę, ponieważ migała ona na ekranie, w błyskawicznym tempie między jedną drużyną, a drugą. Wreszcie zatrzymała się ona na dłużej przy Justinie, który widocznie był nieco zbyt zdezorientowany i podał piłkę do nie swojej drużyny.
  - Co ty robisz matole? - oburzyła się Kate, przełykając szybko whiskey i wstając na moment ze swojego wygodnego miejsca na kanapie. Mówię wygodnego, ponieważ zajęła ona sobie większość kanapy i obłożyła swoje miejsce kilkoma poduszkami, żeby przypadkiem nie zdrętwiała jej pupa.
  - Chyba nie dotarło do niego, w której jest drużynie. - skomentowałam, śmiejąc się pod nosem.
  - A teraz piłka wędruje do Tomlinsona! - komentował żywo jeden ze spikerów telewizyjnych. - Miejmy nadzieję, że nie pomyli drużyn i nie poda jej któremuś z przeciwników tak jak Bieber. - dodał drugi z nich.
   Louis biegł z piłką, prosto do bramki, kibice Manchesteru wstali ze swoich miejsc, przepełnieni wysokimi emocjami i nadzieją na zdobycie gola, jednak w ostatniej chwili przeciwnik wytrącił, Louisowi piłkę i pognał z nią w drugą stronę.
  - Jak mogłeś mu się tak łatwo dać? - podniosłam się z kanapy, wymachując jedną wolną od szklanki ręką w geście frustracji.
    Przez kolejne minuty ja, Lily i Kate bardzo żywo, co chwilę komentowałyśmy, każdy najmniejszy ruch, któregoś z piłkarzy, wlewając w siebie kolejne szklanki alkoholu, dopóki w torebce Kate leżącej niedaleko niej, nie zaczęła lecieć spokojna melodia piosenki Britney Spears "Everytime".
  - Słucham cię, mój braciszku. - zaśmiała się, lekko pijanym już głosem Kate. Po tym co powiedziała wnioskowałam, że właśnie zadzwonił do niej Zayn.
  - Skąd. Nie mam pojęcia, gdzie są twoje dwie butelki Jacka Danielsa. - moja przyjaciółka usiłowała, zachować pełną powagę, żeby tylko się nie roześmiać i nie zdradzić przed bratem, że to właśnie ona zabrała jego alkohol, jednak zrobiła to za nią Lily, krzycząc do słuchawki, że whiskey Zayna smakuje wybornie. Zaraz za Lily roześmiałam się także ja, a w ślad za nami podążyła Kate ignorując to co mówił do niej Zayn.
  - Zayn, nie martw się, my doskonale zaopiekujemy się twoim whiskey. - krzyknęłam, pomiędzy salwami śmiechu, zabierając telefon od Kate i sama śmiejąc się do słuchawki. Przyjaciółka odebrała mi jednak swoją komórkę, prowadząc dalszą rozmowę ze swoim nadopiekuńczym bratem i usilnie tłumacząc mu, że podkradła mu alkohol na szczytny cel.
  - Dobrze, skoro już zabrałaś ten alkohol, trudno, ale i tak mi go odkupisz. - Kate przez przypadek włączyła w swoim telefonie, tryb głośnomówiący, przez co ja i Lily mogłyśmy, usłyszeć każde słowo wypowiedziane przez Zayna. Byłyśmy już trochę wstawione, przez co wszystko, było dla nas bardziej kolorowe i niezwykle zabawne. - Nie wypijcie tylko wszystkiego, bo nie mam ochoty odbierać cię później, pijanej do kwadratu i ledwo trzymającej się na nogach, tak jak poprzednim razem, kiedy urządziłaś sobie babską posiadówkę z Naomi i Judie.
  - Dobrze braciszku. - zaśmiała się Kate, z zawieszonym palcem nad czerwoną słuchawką.
  - Będę cię krył przed rodzicami, że wcale nie wlewasz w siebie, nie wiadomo jakich ilości alkoholu u Lily, ale kiedy do ciebie zadzwonią spróbuj udawać trzeźwą.
  - Więc nie pozwól, żeby do mnie zadzwonili, bo za kilka minut będę jeszcze bardziej pijana. - to było ostatnie zdanie, które powiedziała do Zayna. Potem, po zakończonej rozmowie z nim, podniosła drugą, jeszcze pełną butelkę whiskey postawioną obok pierwszej, doszczętnie już opróżnionej i napełniła nią trzy szklanki.
  - Zdrowie za naszych piłkarzy, dziewczyny! - krzyknęła podnosząc swoją szklankę i stukając ją z Lily i moją jednocześnie. W momencie, gdy szkła stuknęły się ze sobą, spikerzy zakrzyknęli głośno "Gol!", a na ekranie pojawiła się przybliżona twarz Louisa, który biegł przez pół boiska, ściskając się po chwili ze wszystkimi kolegami z drużyny.
  - Tak! Widziałyście to?! To był mój Louis! - krzyczałam razem ze spikerami w telewizorze oraz z rozentuzjazmowanym tłumem kibiców Manchester United, którzy wymachiwali radośnie flagami klubu oraz gwizdali gwizdkami.
  - Od kiedy Louis jest twój? Jesteście razem? - spytała mnie Lily, ruszając zabawnie swoimi brwiami.
  - Nie, ale gdyby brać pod uwagę nasze zachowanie wobec siebie, to można by tak stwierdzić. - wzruszyłam ramionami i pociągając następny duży łyk ze szklanki. Alkohol palił moje gardło coraz bardziej, ale sprawiał też, że czułam się szczęśliwsza i dużo bardziej wyluzowana, więc dla mnie był to dobry powód do tego, żeby go pić.
  - Jak to? - głos zabrała Kate, skupiając swój wzrok na mnie i wyczekując tego co powiem. Zdziwieniem był dla mnie fakt, że nie obraziła Louisa ani razu, nie powiedziała mi swojej opinii o tym, co według niej wkrótce mi zrobi, albo jak bardzo może mnie zranić. Nie mam jej za złe tego, że tak bardzo mnie przed nim ostrzega, bo wiem, że robi to zwyczajnie z troski o mnie, jak i również ze swojego uprzedzenia do Louisa, które jest uzasadnione i być może słuszne, jednak dla mnie i tak zbyt słabe, żebym potrafiła, z niego tak po prostu zrezygnować.
   Powoli opowiedziałam przyjaciółkom o wszystkim co wydarzyło się miedzy nami wczoraj. Łącznie z tym w jaki sposób zrobiłam mu dobrze w jego nowy samochodzie, szczędząc im jednak szczegółów z tego intymnego doświadczenia.
  - Nie wierzę! Zrobiłaś mu dobrze w jego własnym aucie?! - wykrzyknęła Lily, wypluwając resztki napoju, który miała akurat w ustach, z powrotem do szklanki.
  - Tak wyszło. - zaśmiałam się trochę onieśmielona, tym co właśnie wyszło z moich ust. - Poza tym, to było takie... podziękowanie za to, że będzie mi pomagał z matmą. - wytłumaczyłam, pośpiesznie.
  - Jasne. - uśmiechnęła się pod nosem Lil, wypijając wcześniej wypluty przez siebie alkohol.
  - A co tam u ciebie? To znaczy, mam na myśli jak sprawy z Liamem? - postanowiłam podpytać przyjaciółkę o jej miłosne podboje, przypominając sobie naszą rozmowę na temat Liama, we wtorek, w szkole, kiedy to sprzątałyśmy we trzy szkolną stołówkę, w ramach kary danej nam przez dyrektora Hetfielda.
  - Cóż... między nami jest coraz lepiej, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wiesz, romantyczne spacery i takie inne sprawy.
  - A seks też? - odezwała się Kate, przechylając głowę w bok, jak to zawsze robiła, kiedy była czegoś ciekawa.
  - Nie, Kate, na razie nie. - uśmiechnęła się Lily, kręcąc przy tym przecząco głową. - Ustaliliśmy między sobą, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy wracać do tamtego wydarzenia z imprezy u Louisa, tylko...będziemy jak przyjaciele, ale zobaczymy na jak długo. - zaśmiała się pod koniec. - Bo nie ukrywam, że chciałabym czegoś więcej i nie mam na myśli tylko seksu.
  - To tak jak ja od Louisa. - wymamrotałam, biorąc kolejny łyk whiskey rozmieszanego z colą.
  - On nie chce związku? - Na twarzy Lily pojawiło się zmartwienie i jednocześnie współczucie. Być może gdybym zachowała trzeźwość, nie przyznałabym się otwarcie do swoich zmartwień i do wszystkiego co teraz czuję, ale alkohol płynący gdzieś w moim organizmie nie tylko dodawał mi lepszego nastroju, ale też i odwagi co skłoniło mnie, do powiedzenia przyjaciółkom prawdy.
  - Myślę, że nie. Po tym co powiedział mi, kiedy spotkaliśmy się tuż po moim drugim wyjściu ze szpitala, otwarcie mi to powiedział. Poza tym nie znamy się na tyle długo, żebyśmy mogli być razem, ale... chciałabym, żeby tak się stało pewnego dnia. Tylko, że w jego przypadku to jest niemożliwe. Cały czas ogląda się za jakimiś dziewczynami, tak jak wczoraj w kawiarni, dlatego wiem, że w jego słowniku nie istnieje takie słowo jak związek. A najbardziej okropne w tym wszystkim jest to, że ja wiem o tym, że on może mnie zranić, ale nie potrafię od niego odejść. Dać mu spokój, nie odzywać się do niego, nie pisać. Po prostu zerwać kontakt. Nie umiałabym tego zrobić.
   Lily pokiwała głową ze zrozumieniem. Chciałam zobaczyć reakcję Kate, spytać się jej co ona o tym myśli, jednak nie odnalazłam jej wzrokiem na kanapie. Za to odnalazłam ją szybko, leżącą na podłodze, kiedy głaskała podłogę najwyraźniej coś do niej jeszcze mówiąc. Kate zawsze potrafiła wypić z nas trzech najwięcej, ale ani ja ani Lily nie spodziewałyśmy się, że upije się tak szybko.
  - Kate, dobrze się czujesz? - spytała ją Lily, wstając ze swojego miejsca i podchodząc bliżej niej.
   Brunetka spojrzała swoimi brązowymi oczami, na stojąca nad nią Lily i zaśmiała się.
  - Bardzo dobrze. Jak nigdy dotąd!
  - Może nie pij już tyle. - doradziłam przyjaciółce, pomagając Lily, zebrać ją z podłogi i położyć na kanapie.
  - Tyle mówicie o facetach jakby byli tego warci. - Kate podniosła się do pozycji siedzącej. - Mam dosyć tego, że całe nasze życie musi się kręcić głównie wokół nich. Oni i tak pobawią się nami, a w końcu zostawią.
  - Mówisz jak prawdziwa feministka. - roześmiałam się, kręcąc głową, choć w myślach przyznałam przyjaciółce rację. - Więc skoro chcesz być niezależna, czemu umawiasz się z Justinem?
  - No właśnie. - podchwyciła szybko Lily, nalewając sobie kolejną szklankę whiskey z drugiej butelki i zalewając ją colą. Poprzednia stała na regale przy telewizorze opróżniona przez nas do dna, z czego najwięcej wypiła Kate.
    Wyciągnęłam do niej też i moją pustą szklankę, podnosząc ją ze stolika i nie dbając kompletnie o to, że wypiłam już za dużo, a jutro głowa będzie mi pękać, od nadmiaru wypitego dzisiaj alkoholu.
  - Bo ja nic nie obiecuje sobie po tych spotkaniach. Po tym co przeszłam z Harrym, wiem, że związek idealny jest niemożliwy. Justin jest słodki i bardzo go lubię, ale wiem, że i tak nic z tego nie będzie...On... nie jest na to gotowy. Oboje chyba nie jesteśmy. - Kate spuściła głowę w dół i mimo, że w jej oczach nie było nawet śladu łez, gołym okiem można było stwierdzić, że to co powiedziała uraziło ja samą.
  - Hej. - pogłaskałam ją pocieszająco po plecach. - Nie przejmuj się nim. Wiem, że zależy ci na nim tak samo jak mi na Louisie albo Lily na Liamie, ale nie przejmuj się tym dzisiaj. Dziś wypijmy za nasze nieudane miłości. - uśmiechnęłam się, napełniając szklankę Kate, po czym kryształowe szklanki z brązowym płynem w środku stuknęły się o siebie, by po chwili gorzki alkohol, zaczął palić nasze gardła.
                                                                            ***
   Mecz zakończył się wynikiem 2:1 dla Manchesteru. Praktycznie całą drugą połowę meczu ja, Lily i Kate przegadałyśmy, wypijając przy tym cały alkohol, który był w naszym posiadaniu, jednak z tego co pamiętam, co działo się w drugiej połowie meczu to to, że Justin musiał zostać zdjęty z boiska, ponieważ sfaulował go któryś z zawodników drużyny Liverpoolu, na co Kate zaczęła głośno protestować i wyklinać zawodnika, który staranował Justina.
   Zmęczone i całkowicie pijane zaczęłyśmy podnosić się po kolei z kanapy, chcąc iść spać na górę, kiedy nagle po holu rozległ się znajomy dzwonek mojego telefonu. Ruszyłam wolnym krokiem w stronę skąd dochodził mój dzwonek, co chwilę podpierając się ściany, żeby nie upaść. W całym swoim życiu tylko raz upiłam się do takiego stanu w jakim jestem teraz. Było to na 18 urodzinach Kate, gdzie alkohol stał wszędzie hektolitrami, a gdy już wypiłam jedną porcję stale ktoś podchodził do mnie, wciskając mi kolejny kubek i kolejny, a ja zwyczajnie nie potrafiłam odmówić. Pomimo tego, że nie miałam skończonych 18 lat. Nawet Zayn, który miał pilnować całej imprezy jako odpowiedzialny, starszy brat, sam upił się prawie do nieprzytomności, a później pytał się wszystkich czy ktoś może odwieźć go do domu, chociaż impreza była organizowana właśnie u niego.
  - Kto znowu? - zadałam pytanie sama sobie, odbierając połączenie nawet nie spoglądając wcześniej na ekran, żeby dowiedzieć się, kto do mnie dzwoni.
  - Cześć Lucy. - po drugiej stronie słuchawki niemal od razu rozpoznałam głos Louisa. Kogo jak kogo, ale jego i moje przyjaciółki rozpoznam nawet, kiedy jestem bardzo nietrzeźwa.
  - Heeej Louis. - przywitałam się pijanym głosem, przesadnie przeciągając "e". - Widziałam jak świetnie grałeś, jestem z ciebie dumna.
  - Ja z siebie też. Widziałaś jakiego strzeliłem gola i to w pierwszej połowie meczu?! - jego szczęśliwy i rozentuzjazmowany głos był na tyle głośny, że słyszałam go nawet, odsuwając od siebie na chwilę telefon.
  - Tak widziałam. Szkoda tylko, że nie zdjąłeś przy tym koszulki. Miałabym na co popatrzeć. - zachichotałam cicho.
  - Wiesz... - zaczął powoli Louis, a ja mogłabym przysiąc, że właśnie w tym momencie zaczyna się zadziornie uśmiechać pod nosem, tak jak zazwyczaj robił to własnie w takich sytuacjach. - Moment, czy ty jesteś pijana? - nagle cała moja wizja o naszej niegrzecznej rozmowie, odpłynęła w dal. Oczywistą rzeczą było to, że Louis w końcu zorientuje się, że jestem pijana jak nigdy dotąd i ledwo trzymam się na nogach. W tamtym momencie cieszyłam się, że jest daleko ode mnie i nie może przyjechać po mnie, żeby następnie odwieźć mnie do domu pod opiekę mojej mamusi, z która zdążył się już polubić.
  - Może tylko troszkę. - odpowiedziałam, siadając na stojaku na buty, ponieważ gdybym postała jeszcze chwilę na nogach, jestem pewna, że wkrótce upadłabym z hukiem na ziemię.
  - Niech zgadnę. Jesteś u Kate? - zapytał, chociaż to zdanie przypominało mi trochę gniewne stwierdzenie.
  - Jestem u Lily, ale owszem jest tu również Kate.
  - Skąd ja to wiedziałem. - westchnął. Nie lubię tego, kiedy on i Kate są dla siebie wzajemnie niemili i cały czas jedno obwinia o coś drugie, ale chyba będę musiała się z tym jednak pogodzić, bo na razie nie zapowiada się na to, żeby mieli żyć ze sobą w zgodzie.
  - Lucy! - z góry usłyszałam, wołający mnie głos Lily. Wstałam ze stojaka i wychyliłam się z z holu spoglądając na schody, na szczycie, których stała blondynka z założonymi rękami na biodrach.
  - Louis, muszę już kończyć. - rzuciłam pospiesznie do słuchawki, chcąc zakończyć już tę rozmowę i wracać do swoich przyjaciółek.
  - W porządku. Ja chyba też. Muszę wrócić jeszcze do hotelu, żeby się przebrać, a potem iść na zorganizowaną imprezę. Zadzwonię do ciebie, gdy już wrócę i nie pij więcej. Wiem co potrafisz zrobić po pijaku. Już się o tym przekonałem. - zaśmiał się.
  - Potrafię zrobić podobne rzeczy, kiedy nie jestem pijana. - odparłam, przypominając sobie scenkę z naszego wspólnego poranka i tę z wczoraj w ramach "małych" podziękowań. - O tym, też się przekonałeś i to na własnym siusiaku.
  - Tak, rzeczywiście. Podobało mi się to i możesz być pewna, że za niedługo ci się odwdzięczę. Dobranoc Lucy, bądź grzeczna.
   Rozmowa została przerwana. Louis rozłączył się, jednak ja nadal siedziałam nieruchomo z telefonem w dłoni. Nie rozumiałam co miały znaczyć jego słowa "odwdzięczę się", a moja głowa była zbyt pijana, żeby pozwolić sobie na dalsze główkowanie. Do tego Lily ponowiła swoje wołania mówiąc, że Kate znowu leży na podłodze i wygaduje dziwne rzeczy, dlatego odłożyłam szybko komórkę do torebki i ruszyłam na górę, podpierając się barierki i śmiejąc się się pod nosem sama nie wiedząc z czego.
  Kiedy doczłapałam się na drugie piętro, przekraczając próg sypialni Lily zobaczyłam, że jej raport zdany mi przed chwilą był rzeczywiście prawdziwy. Kate już drugi raz tego dnia leżała na podłodze, powtarzając w kółko "Zayn zrobił kupkę" z przyczyn, które znała tylko ona, a Lily próbowała nieudolnie, podnieść ją z ziemi, mówiąc jej, żeby przestała torować przejście swoim ciałem.
   Nie mam pojęcia ile czasu minęło odkąd wspólnie z Lil udało nam się podnieść Kate z ziemi i przekonać ją do położenia się spać. Niedługo po niej i my położyłyśmy się na dwuosobowym łóżku Lily, które teraz musiało pomieścić aż trzy osoby.
  - Dobranoc Lil. - powiedziałam, ziewając przeciągle i zamykając zmęczone powieki. Przyjaciółka nie odpowiedziała mi jednak, ponieważ już dawno zasnęła, przytulona do zwiniętej w kulkę Kate tuż obok niej.
                                                                          ***
   Obudziłam się przez nagłe, gwałtowne uderzenie w brzuch. Jęknęłam z bólu i odwróciłam głowę, żeby zobaczyć kto był sprawcą ataku. Obok mnie leżała głowa Lily, z rozczochranymi we wszystkie strony blond włosami, a jej zwinięta pięść leżała teraz, spokojnie na moi brzuchu. Strąciłam ją z siebie i podniosłam się do pozycji siedzącej, ogarniając wzrokiem otoczenie w którym się obecnie znajdowałam.
  Doskonale znałam te błękitne ściany, białe komody i plakaty zespołu "Little Mix" porozwieszane na ścianach. Położyłam bose stopy na mięciutkim, białym dywanie, po czym podniosłam się z łóżka i zaczęłam kierować swoje kroki, prosto do łazienki na piętrze, opuszczając cicho sypialnię Lily, starając się zachować ciszę, żeby nie obudzić moich, dwóch jeszcze śpiących przyjaciółek. Od kiedy tylko moje oczy się otworzyły, dobrze mi już znany ból głowy dał się we znaki, dlatego teraz trzymałam się za głowę, chcąc jak najszybciej, po przebraniu się w moje wczorajsze ubrania, wziąć tabletkę przeciwbólową, która będzie w stanie przynajmniej po części wyleczyć ogromnego kaca.

   Zdjęłam z siebie szybko bluzkę Lily, którą dała mi wczorajszego dnia do spania, i równie szybko jak się przebrałam, zeszłam na dół do kuchni uważając, żeby przypadkiem nie wdepnąć w klocki Matta porozrzucane na dywanie. Wiedziałam, gdzie przyjaciółka trzyma leki, dlatego odnalezienie odpowiednich lekarstw nie trwało zbyt długo. Połknęłam na raz dwie tabletki popijając je niegazowaną wodą i wróciłam na górę, żeby obudzić dziewczyny.
   Drzwi od pokoju Lily były otwarte, chociaż, kiedy go opuszczałam zamknęłam je za sobą co doskonale pamiętałam. Oznaczało to, że musiały już wstać, lub przynajmniej wstała jedna z nich. Nie pomyliłam się. Na łóżku siedziała już tylko Kate, przykryta kawałkiem kołdry, pisząc coś na swoim telefonie i lekko się do siebie uśmiechając. Jej włosy były w kompletnym nieładzie, a makijaż pod oczami, którego wczoraj nie zmyła, rozmazany, jednak zdawało się jej to zupełnie nie przeszkadzać, co kompletnie do niej nie pasowało. Podejrzewałam już powód dla którego tak było, jednak wolałam najpierw wybadać sprawę przed przystąpieniem do konkretów.
  - Gdzie jest Lily? - zapytałam niewinnie, siadając obok przyjaciółki.
  - Umm, poszła wziąć prysznic, kiedy zobaczyła, że ty już wyszłaś. - odpowiedziała, szybko odrywając wzrok od komórki i odkładając ją na stoliczek niedaleko łóżka.
  - Rozumiem. - pokiwałam wolno głową. - A ty nie wolałaś iść pierwsza? W końcu twój makijaż i to wszystko inne...
  - Oh, nie. Miałam coś ważnego do załatwienia, a w zasadzie to... Justin zaproponował mi ten wyjazd co tobie Louis i... - widziałam jak Kate próbuje, ukryć swoje podekscytowanie tym faktem, jednak doskonale zdradzał ją, jej rosnący z każdą chwilą uśmiech na twarzy, do momentu, w którym nie wytrzymała i roześmiała się ukazując rząd swoich białych zębów. - Zgodziłam się! - wykrzyknęła wyrzucając ręce do góry i nagle mocno mnie ściskając. Odwzajemniłam jej uścisk, również się uśmiechając na myśl o szczęściu mojej przyjaciółki, a myśli dotyczące tej samej oferty, złożonej mi przez Louisa wróciła do mnie jak bumerang. Chciałam spędzić ten tydzień ferii z nim i moimi przyjaciółkami, a poza tym mogłabym wtedy poznać trochę bardziej Justina i Liama. Mogliby się okazać naprawdę miłymi osobami, ale kwestia finansowa odgrywała tu zbyt dużą rolę, a na pewno nie mogłam zgodzić się na za sponsorowanie ze strony Louisa całej tej wycieczki, nawet jeśli dla niego to nie problem, jak sam to określił. Myślę, że czułabym się wtedy zbyt niezręcznie, a może i nawet źle z tym, że odwiedzam najlepsze hotele i latam samolotami najwyższej klasy na czyiś koszt. To zupełnie nie w moim stylu i wątpię, aby moja decyzja w tej sprawie uległa jakiejś zmianie. Kate może sobie na to pozwolić z racji, że jej rodziców zwyczajnie na to stać prowadząc tak dobrze prosperującą firmę, jednak mojej mamy raczej nie. A nawet jeśli mogłaby wyciągnąć takie pieniądze z kieszeni, musiałaby później zapożyczać się w bankach, żeby sfinansować część ślubu mojej starszej siostry, który jak przypuszczam za niedługo się odbędzie. W końcu Drake i Danielle są parą już dosyć długo, a po ich ponownym zejściu się, zakładam, że nie będziemy musieli długo czekać na zaproszenia ślubne.
  - Wiem, że nie chcesz, żeby Louis za ciebie płacił, ale wolałabym, żebyś jednak zgodziła się na tą opcję. Chce jechać też z tobą. Chciałabym żebyśmy były tam wszystkie i świetnie spędziły razem czas w towarzystwie chłopaków, wyłączając Louisa w tym, przy każdej możliwej okazji. - powiedziała Kate, wypuszczając mnie ze swoich objęć i patrząc na mnie błagającą swoimi brązowymi oczami, pociągniętych czarną, po części już zmazana kreską.
  Zaśmiałam się cicho słysząc jak znowu okazuje swoją niechęć do Lou. Jednak dla mnie nie było to już nic nadzwyczajnego. Powoli robiło się to nawet zabawne, chociaż nadal twierdzę, że mogliby się chociaż nawzajem tolerować.
  - Lucy, proszę. - Kate nie dawała za wygraną.
  - Nie mogę ci nic obiecać. - odpowiedziałam jej, podnosząc się z łóżka. - Ty nie musisz martwić się o pieniądze i o wiele innych rzeczy. Czasami zazdroszczę ci twojego życia. - westchnęłam
  - Niby czego? - Kate również podniosła się z łóżka, odgarniając kołdrę, plączącą się jej przy jej szczupłych nogach.
  - Masz wspaniałego brata, który dba o ciebie bardziej niż o cokolwiek innego, jesteś lubiana w szkole prze większość uczniów, a chłopcy ślinią się na twój widok. Możesz mieć wszystko co tylko chcesz... - wtedy zaczęłam naprawdę zazdrościć przyjaciółce, chociaż zazwyczaj nie zachowuję się w ten sposób. Cieszę się z tego co sama mam i nie narzekam na moje życie, ale teraz coś się we mnie rozbudziło.
  - Mylisz się. Nawet nie wiesz ile bym oddała, żeby moi rodzice znów zaczęli się mną interesować. Oddałabym nawet te cholerne pieniądze, którymi zapychają mnie z myślą, że to mi wystarczy. Faktycznie Zayn jest wspaniałym bratem, bez niego nie wiem kim bym była. Pewnie zeszłabym na samo dno tak jak Mia. Nawet nie wiesz, ile razy byłam blisko, żeby właśnie tam się znaleźć, nie wiesz ile razy musiałam dusić w sobie wszystkie uczucia, żeby nie wyjść na słabą. Dlatego proszę, nie mów mi takich rzeczy. Powinnaś zobaczyć na siebie i swoje życie też z tej dobrej strony. Chodzisz na randki z jednym z najsławniejszych piłkarzy na świecie i nawet nie widzisz tego, że kiedy zwyczajnie idziesz korytarzem, wszystkie dziewczyny patrzą się na ciebie z zazdrością, bo same wiele by oddały, żeby być na twoim miejscu. Ja co prawda, nie lubię Louisa i nigdy za nim nie przepadałam, a moje opinia o nim nie jest zbyt dobra, z czego dobrze zdajesz sobie sprawę, ale to nie znaczy, że nie mogę powiedzieć, że jestem z ciebie dumna.
  - Z tego, że znam Louisa Tomlinsona, czy z tego, że te puste lalki Barbie z naszej szkoły mi zazdroszczą?
  - Z obu i wiesz co teraz myślę? Że powinnaś przejść małą metamorfozę, żeby te wszystkie lalunie wiedziały z kim zadzierają.
   Nie wiedziałam o czym mówi moja przyjaciółka. Jaką metamorfozę ma na myśli? Nawet zaczęłam trochę się jej bać, dlatego zrobiłam dwa kroki w tył w kierunku ściany spoglądając na Kate z lekką nieufnością, bo w końcu po niej można było spodziewać się dosłownie wszystkiego.
  - No nie bój się mnie. - roześmiała się brunetka, odchylając głowę w tył. - Nie zrobię ci przecież nic złego, mam na myśli tylko to, że zmienimy tylko trochę twój styl i co najważniejsze zachowanie. Od tej pory, myśl o sobie jak o najważniejszej osobie na tym świecie. Jak o kimś kto powoli wspina się na sam szczyt, a do szkoły masz wchodzić z uniesioną głową jakbyś była jej królową.
  - Brzmi całkiem fajnie. - uśmiechnęłam się i zaczęłam kiwać powoli głową. Wizja nowej siebie bardzo mi się podobała i w zasadzie była tym, czego tak naprawdę chciałam, tylko za bardzo obawiałam się tego spełnić. Teraz, kiedy Kate zaoferowała mi pomoc w tej zmianie, grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Nie potrzebowałam już ani chwili zastanowienia, na to, aby zgodzić się na swoją przemianę w poniedziałek od razu po szkole, gdyż nasz dzisiejszy kac kategorycznie nie pozwalał nam na zrobienie tego dzisiaj.
                                                                          ***
  - Mamo, już wróciłam! - krzyknęłam nieco niemrawym głosem, leniwie wieszając przemokniętą od śniegu kurtkę na jednym z wieszaków i zdejmując z siebie czarne botki na niewysokim obcasie, które teraz również była całe przemoknięte od roztopionego śniegu, a podeszwy ubrudzone błotem. Kate proponowała mi, żebym poczekała jeszcze chwilę z nią u Lily, na to, aż przyjedzie Zayn i przy okazji będzie mógł podrzucić mnie do domu, jednak ja wołam nie wykorzystywać Zayna jeszcze bardziej, niż robi to jego siostra i wrócić sama, pieszo. W końcu odległość między domem Lily, a moim wcale nie jest taka duża.
  - Lucy Rose Swan, gdzie ty do cholery byłaś przez całą noc?! Wiesz jak się o ciebie martwiłam?! Do tego nawet nie odbierałaś telefonu, a ja byłam pewna, że ktoś cię gdzieś porwał, albo leżysz już martwa, zakopana pod ziemią!
  - Mamo, spokojnie byłam tylko u Lily, przecież ci mówiłam, że do niej idę. - zaczęłam, uspokajać mamę sądząc, że jak zwykle przesadza.
  - Ale nie powiedziałaś mi, że zostaniesz u niej na noc. Mogłaś chociaż do mnie zadzwonić i mi o tym powiedzieć, żebym nie musiała się o ciebie martwić. Przez całą  noc nie zmrużyłam nawet oka, siedząc cały czas przy oknie i wyczekując na to, aż wrócisz, albo przyjdzie twój porywacz z żądaniem okupu.
  - Jestem już dorosła, nie muszę ci o wszystkim mówić. Niektórych rzeczy powinnaś się sama domyślać. - oburzyłam się, zakładając ręce na piersiach w geście obronnym. W końcu mam już skończone 18 lat, a moje dziewiętnaste urodziny będą za niecałe 2 miesiące, dlatego uważam, że mam już do czegoś prawo. Rzeczywiście mogłam powiedzieć mamie, o tym, że przenocuje u Lily, jednak kompletnie o tym zapomniałam, a ona powinna, domyśleć się tego zamiast snuć teorie o porywaczach, mordercach i jeszcze Bóg wie kim.
  - Ale to nie zmienia faktu, że nadal jesteś moim dzieckiem. - broniła swojego,
również krzyżując ręce.
  - To prawda jestem, jednak myślę, że należy mi się jakieś zaufanie z twojej strony. Mam dosyć tego, jak za każdym razem mi o tym przypominasz i narzucasz dane zachowanie. Chcesz, żebym była grzeczną dziewczynką, taką jak byłam kiedyś, kiedy miałam 5 lat, ale zrozum, że teraz mam już prawie 19 lat i nie będę cię za każdym razem słuchać. I wiesz co ci jeszcze powiem? Kiedy nocowałam u Louisa, nie spałam na oddzielnym łóżku. Spaliśmy obok siebie, w tym samym łóżku, w jego sypialni. Nie uprawialiśmy ze sobą seksu, ale prawie by do tego doszło, gdyby on w porę tego nie przerwał, ale robiliśmy za to inne rzeczy i nie żałuję tego.
   Byłam dumna z tego co powiedziałam. Wreszcie postawiłam się swojej nadopiekuńczej mamie, która chciałaby kontrolować niemal wszystko, co zaczynało mnie już od dawna irytować. Wiem, że robi to tylko dlatego, że mnie kocha i ja też nadal bardzo ją kocham, ale nie może dłużej być tak jak jest. Ona musi mi dać więcej zaufania i pozwolić mi poczuć się w pełni dorosłą, zamiast przez cały czas pilnować mnie jak kilkuletniego, nierozumnego dziecka.
  - Nie wierzę w to co słyszę. - wyszeptała Clarissa. Widziałam jak w jej oczach, zaczynają wzbierać się łzy. Nie chciałam, żeby płakała z mojego powodu, ale musiałam w końcu powiedzieć mojej mamie, jak się czuję. - Ale... chyba masz trochę racji. Może rzeczywiście za bardzo traktuję cię nadal jak dziecko.
  - Trochę, to za mało powiedziane. - westchnęłam, wchodząc w głąb domu i siadając na fotelu w salonie, który kiedyś był ulubionym miejscem mojego taty. Potrafił przesiadywać w nim nawet godzinami.
   Mama również weszła do salonu siadając w fotelu naprzeciwko mnie.
  - Naprawdę robisz te... rzeczy z Louisem? - zapytała, krzywiąc się przy tym lekko i jednocześnie próbując ukryć grymas niezadowolenia na swojej twarzy, jednak niezbyt dobrze jej to wychodziło.
  - Tak. Ale tylko te niektóre. - dodałam szybko, nie chcąc, żeby moja mama pomyślała sobie, że robiłam mu na przykład laskę. To byłoby naprawdę obrzydliwe. - W zasadzie, to zbliżyliśmy się do siebie w takim sensie, dopiero niedawno. Mam na myśli to, że zaczęliśmy się wreszcie ze sobą całować i... umm... te inne
   W myślach uderzyłam się w twarz. Jak mogłam powiedzieć "wreszcie"? Nie poznawałam sama siebie. Nigdy nie przyznałam się nikomu do tego, że w zasadzie to od dawna miałam straszną ochotę, żeby wreszcie pocałować Louisa i posmakować jego ust. Nikt o tym nie wiedział, oprócz Lily i Kate, a zwłaszcza nie miałam zamiaru mówić tego mojej mamie, ale teraz nawet cieszę się z tego, że mogę być z nią całkowicie szczera. Wydaje mi się, że właśnie tego potrzebowałam od momentu, w którym rozpoczęły się moje kontakty z Louisem.
   Faktycznie, rozmawiałam z nią, o nim kilka razy, ale nigdy nie mówiłam jej wszystkiego, a to było mi najwyraźniej potrzebne.
  - Ja w twoim wieku też robiłam już takie rzeczy. Nie byłam święta i chyba żadna nastolatka nie jest, dlatego... obiecuję, że od teraz będę miała do ciebie większe zaufanie i przepraszam za to jak cię wcześniej traktowałam. Rzeczywiście mogłaś się przez to poczuć jak dziecko.
  - Dziękuje. - uśmiechnęłam się przytulając mamę na zażegnanie kłótni i oficjalne pogodzenie obu stron.
  - Tylko ty mi obiecaj, że razem z Louisem będziecie się zabezpieczali, kiedy zaczniecie już to ze sobą robić.
  - Oh, mamoo. - mruknęłam z zawstydzeniem, jednak mimo tego zaśmiałam się cicho.
  - Wolę uprzedzać fakty, kochanie. - odparła moja rodzicielka, mocniej przytulając mnie do swojej piersi i również zaczynając się wesoło śmiać.
                                                                         ***
   W związku z tym, że nie było żadnych chętnych do prowadzenia kont na asku, aska wedle Waszego życzenia nie będzie, a co do "Half of year" być może zaczniemy je pisać po skończeniu "Love you Goodbye". Z ogłoszeń to tyle. Następny rozdział: 21 listopad. Możemy zdradzić, że będzie on trochę inny niż dotychczasowe rozdziały min. wyjaśnimy Wam w nim sytuację rodzinną Louisa, powód niechęci angażowania się w dłuższe znajomości z kobietami Liama i wiele innych ;) Do zobaczenia xx
                                                     

niedziela, 2 października 2016

Rozdział 18

*Lucy*
   8.40 - wtorkowy poranek, kiedy właśnie, kroczyłam dumnym krokiem przez szkolne korytarze, razem z Kate i Lily w kompletniej nowej odsłonie. Mój nowy ubiór ani trochę nie przypominał tego poprzedniego. Ten był kompletnie inny.  Wyglądałam może trochę zbyt wyzywająco w krótkiej, czarnej koszulce, ledwie zakrywającej mi brzuch, czarnej spódniczce do połowy uda i czarnych rajstopach, ale Lily i Kate twierdziły, że wyglądam bardzo dobrze, dlatego postanowiłam im uwierzyć. Jedyną dobra rzeczą w tej zmianie, z którą czułam się dosyć pewnie była czarna, skórzana kurtka zarzucona na moje ramiona. Mój codzienny makijaż też uległ małej zmianie.Teraz miałam na sobie nieco grubsze niż zwykle, kreski, zrobione e - linerem i jasno-szary cień idealnie rozłożony po moich powiekach. Nie mogło się obyć również i bez szminki w kolorze ciemnego różu (Kate głosowała oczywiście za krwisto- czerwoną, jednak Lily stłumiła jej bunt mówiąc, że zmiana stylu to nie znaczy przemiana w celebrytkę na czerwonym dywanie, a zwłaszcza jeśli nadal chodzi się do szkoły, gdzie nauczyciele czepiają się o prawie wszystko)
  - Głowa do góry. Popatrz jak wszyscy się na nas gapią. Jestem pewna, że te dziewczyny z drugiej klasy, które stoją przy schodach marzą, żeby być tobą - Kate szturchnęła mnie lekko łokciem, uśmiechając się przy tym pokrzepiająco. Odwzajemniłam jej uśmiech, podnosząc wyżej głowę i głośniej stukając moimi nowymi botkami na grubym słupku. Myślałam, że udawanie osoby pewnej siebie, przyjdzie mi dużo trudniej, jednak przy boku Kate i Lily szło mi całkiem nieźle. Powoli zaczynałam przyzwyczajać się do nowej roli, jednak najbardziej ciekawiło mnie to, jak zareaguje Louis na moją nagłą metamorfozę, kiedy mnie dzisiaj zobaczy. Umówiłam się z nim, że przyjedzie po mnie tuż po moich skończonych lekcjach, a potem pojedziemy do mojego domu, żeby uczył mnie matematyki. Już nie mogłam doczekać się momentu,w którym zobaczy mnie w nowej odsłonie.
  - Pamiętaj co ci mówiłam. - zaczęła, przypominać mi Kate, gdy tylko weszłyśmy do szatni, gdzie obecnie przebywało najwięcej osób, a w tym i również Mia Smith razem ze swoją świtą. - Głowa do góry i rzucasz im tylko pogardliwy wzrok, mówiący "Ja tutaj rządzę, szmaty".
  - Jasne. - pokiwałam głową i idąc za wskazówkami przyjaciółki.
  - Kate, myślę, że za bardzo ją stresujesz. - skarciła ją Lily.
  - Lil, przecież sama mówiłaś Lucy to samo. Zresztą, ja chcę jej tylko pomóc. - zaczęła się bronić Kate.
  - Dziewczyny, przestańcie. - powiedziałam, uciszając je gestem, gdy zobaczyłam, że wzrok Mii kieruje się prosto na naszą trójkę. Lindy, Lilah i Megan nie opuszczające Mii ani na krok zaczęły szeptać coś między sobą, na co Mia posłała im zabójcze spojrzenie.
  - Proszę, proszę kogo my tu mamy. - zaśmiała się po chwili szyderczo. - Lucy jaka zmiana. Czyżby zrobiona ze względu na Louisa? Znudził mu się twój nudny ubiór, dlatego postanowiłaś się dla niego zmienić, żeby go przy sobie zatrzymać?
  - Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć to Louis nie wie o mojej zmianie, ale dowie się kiedy tylko odbierze mnie ze szkoły.
   Widziałam jak na chwile pewność Mii ucieka, a jej usta napełnione botoksem uchylają się w lekkim zdumieniu, jednak niestety szybko odzyskała swoja równowagę.
  - Cóż, ja na twoim miejscu nie cieszyłabym się jednak zbyt długo. Prędzej czy później i tak się tobą znudzi, to tylko kwestia czasu. - zarechotała. Przysięgam, że ta dziewczyna, o ile można ją tak nazwać, śmiała się jak prosie, a oprócz tego denerwowała mnie niesamowicie i gdyby nie fakt, że mogłabym mieć przez to spore problemy tak jak Kate w zeszłym tygodniu, tarzałabym ją po podłodze, za jej tlenione kłaki.
  - Ty za to potrafisz znudzić się nawet zwykłemu chłopakowi i to już po miesiącu, więc radziłabym ci, uważać na słowa. - odpyskowałam Mii, przybijając sobie w głowie piątkę, za świetną ripostę. - A teraz, wybacz, ale nie mam czasu na rozmowy z tobą. Zresztą chyba powinnaś wracać do szorowania kibli, bo z tego co wiem, dyrektor Hetfield kazał ci je sprzątać przez dwa tygodnie.
   Dumna z siebie ruszyłam dalej, prosto do swojej szafki, zadzierając wyżej głowę i kątem oka obserwując zszokowaną minę Mii. Nawet jej wierne przyjaciółki, które nigdy nie powiedziały na swoją liderkę ani jednego złego słowa, teraz chichotały za jej plecami trącając się co chwilę łokciami i naśladując bezcenną minę Smith.


  - Nieźle jej pojechałaś. - Lily uśmiechnęła się do mnie, odwieszając kurtkę na wieszak do swojej szafki.
  - Właśnie. Nawet nie wiedziałam, że potrafisz aż tak jej dogadać. - dodała Kate, strzepując śnieg ze swojego nowego zimowego płaszcza w pepitkę. Nie byłaby sobą, gdyby nie kupiłaby również czegoś dla siebie, gdy byłyśmy wczoraj w centrum, przeprowadzając moją metamorfozę
  - Sama tego nie wiedziałam. - zaśmiałam się i zamknęłam swoją szafkę. Zanim zdążyłam jeszcze cokolwiek powiedzieć na korytarzach rozdzwonił się dzwonek na lekcje, dlatego szybko poprawiłam swoją czarną torbę na ramieniu żegnając się krótko z przyjaciółkami i idąc szybkim krokiem w stronę sali, gdzie miałam mieć lekcje jakże znienawidzonego przeze mnie przedmiotu - matematyki. Lily również pobiegła w swoją stronę na geografię, a Kate - cóż jak to ona, spokojnie pakowała książki do francuskiego, nie przejmując się niczym i ostatni raz pomachała nam na pożegnanie.

***
   Po 6 godzinach spędzonych w szkole, nareszcie mogłam ją z zadowoleniem opuścić. Duża część osób z mojej szkoły zauważyła moją przemianę i prawili mi na ten temat niezwykle dużo komplementów co było dla mnie ogromnie miłe. Większa część chłopców dosłownie śliniła się na mój widok, zapraszając mnie do kina czy tym podobnych atrakcji, co chwilę zachwalając mój dzisiejszy wygląd jakby to mogło mnie nakłonić do przyjęcia zaproszenia. Oczywiście nie przyjęłam żadnego z nich, grzecznie dziękując im za dobre chęci i tłumacząc, że mam już plany na dziś. Natomiast szkolne laleczki, pokroju Mii, stało zazdrośnie przy ścianach, rzucając mi co chwilę nienawistne spojrzenia, którymi jednak zbytnio się nie przejmowałam, a wręcz przeciwnie. Posyłałam im tylko w odpowiedzi złośliwe uśmieszki mówiące: "podziwiajcie nową królową".
   Kiedy tylko znalazłam się na szkolnym parkingu, bez trudu odnalazłam białego Lexusa, gdzie w środku już czekał na mnie Louis. Podbiegłam do niego, otwierając drzwi po stronie pasażera i pocałowałam Louisa w policzek na przywitanie, troszkę bliżej jego idealnych ust.
  Louis szybko odwrócił się w moją stronę układając usta w wielką literę ''O". W końcu wydusił z siebie jakieś słowa, które nie za bardzo mnie usatysfakcjonowały.
  - Co.. ty masz na nosie?
   Kurwa. Na śmierć zapomniałam, żeby zdjąć okulary, które założyłam na poprzedniej lekcji, z powodu słabej kondycji mojego wzroku. Dodatkowo widziałam, jak wpatrywał się w kok zrobiony na czubku mojej głowy, który teraz był już nieco niechlujny po połowie spędzonego dnia w szkole, dlatego zdjęłam z nosa okulary i sięgnęłam ręką, by rozpleść kok na moich włosach będąc pewna, że właśnie to, tak bardzo nie spodobało się Louisowi. Byłam tym odrobinę zawiedziona, bo miałam szczerą nadzieję, że spodoba mu się moja zmiana tak jak większości moich znajomych, jednak widocznie Louis nie jest w tej kwestii jak większość.
  - Nie zdejmuj ich, ani tego koka. - chwycił ręką za mój nadgarstek i odsunął od moich włosów, a następnie wziął moje okulary i z powrotem założył mi je na nos. - Wyglądasz tak ślicznie. Może trochę inaczej, ale powiem szczerze, że nawet lepiej niż wcześniej. Oczywiście wcześniej też wyglądałaś bardzo ładnie, ale teraz...
  - Dzięki. - przerwałam mu widząc, że nie może znaleźć odpowiednich słów i czuje się tym trochę skrępowany. - Byłam pewna, że ci się nie podoba.
   - Bardzo mi się podoba. Wyglądasz cudownie. Teraz nie wiem czy dam radę skupić się tylko na uczeniu cię matmy i trzymać ręce przy sobie. Jesteś taka gorąca.
   Uśmiechnęłam się pod nosem, odwracając głowę w drugą stronę.
  - Jedź już. - powiedziałam, nie odwracając wzroku. Wpatrywałam się w swoje jasno-różowe, hybrydowe paznokcie zrobione wczoraj u kosmetyczki. Nie chciałam znów patrzeć na Louisa, ponieważ za bardzo obawiałam się tego, że jeśli się odwrócę on znów zacznie swoje gadki, które nadal nieco mnie onieśmielały, a przecież nowa Lucy nie zna takiego słowa jak nieśmiałość. Nowa Lucy nie zna dużo słów, które kiedyś były dla niej bliskie. Jest inna, ale dużo lepsza i za niedługo wszyscy się o tym dowiedzą, a zwłaszcza Mia, której dzisiaj świetnie zamknęłam jej sztuczne usta.
   Po około 15 minutach drogi, białe auto Louisa zaparkowało przy krawężniku niedaleko mojego domu. Gdy wysiadłam z samochodu, mój wzrok od razu powędrował do miejsca, gdzie moja mama zawsze parkowała swoją czarną toyotę prius, jednak teraz auta nie było na swoim miejscu. Zdziwiłam się, ponieważ we wtorki mama zawsze wracała z pracy dosyć wcześnie i była w domu jeszcze przede mną, dlatego odrobinę zaniepokojona wybrałam jej numer, drugą ręką sięgając do kieszeni po klucze do furtki oraz drzwi.
  - Jak dobrze, że odebrałaś. - westchnęłam z ulgą, kiedy w słuchawce usłyszałam łagodny głos mojej mamy. W tle wyraźnie słyszałam, dzwoniące telefony i klikanie w klawisze na klawiaturze komputera co oznaczało, że nadal jest w pracy. - Zastanawiałam się czemu nadal nie ma cię w domu, ale teraz już chyba znam odpowiedź.
  - Oh, tak zapomniałam ci powiedzieć, że muszę zostać dziś trochę dłużej w pracy. I...- głos mojej mamy nagle stał się bardzo napięty. - Myślę, że wrócę dopiero wieczorem.
  - Będziesz tak długo w pracy? - przytrzymałam telefon ramieniem, kiedy przekręcałam metalowy klucz w drzwiach, a po chwili otwierając je i wpuszczając Louisa do środka.
  - Nie, Z pracy wychodzę o 17, ale później idę na małą kolację z moim... kolegą.
   Na te słowa stanęłam pośrodku holu, jakby właśnie ktoś wmurował mnie w ziemię. Czułam jak cała krew odpływa mi z twarzy. Byłam zszokowana, nie wiedziałam co mam powiedzieć mamie. Od śmierci taty, nigdy się z nikim nie spotykała i mi to odpowiadało. Nie chciałam, żeby jakiś obcy mężczyzna chodził po naszym domu, jadł w naszym domu, albo co gorsza spał w naszym domu. A teraz? Wizja nowego faceta mojej mamy przyprawiała mnie o dreszcze. Na pewno będzie chciał, żeby mama zapomniała o tacie i udawał przed nią jakim będzie dla mnie kochanym i idealnym ojczymem, chociaż tak naprawdę będzie zapatrzonym w siebie egoistą, chcącym omotać moją mamę i pozbyć się mnie z domu. O ile wie o moim istnieniu.
  - Lucy? - z czarnych myśli wyrwał mnie spokojny i opanowany głos mamy. - Wiem, że ta sytuacja pewnie nie za bardzo ci teraz odpowiada, ale uwierz mi, że kiedy tylko poznasz Nicholasa zobaczysz jakim jest wspaniałym człowiekiem. Mówił mi, że bardzo chciałby cię kiedyś poznać i myślę, że naprawdę byście się polubili.
  Och, więc ma na imię Nicholas i wie o tym, że istnieje. Przynajmniej już coś. Czy wyczuwacie ten sarkazm?
  - Nie sądzę. - mruknęłam z niezadowoleniem. - Nie chce go poznawać i nie chcę, żebyś spotykała się z tym typem ani nie chcę tego, żeby za niedługo się do nas wprowadzał.
  - Ależ słoneczko, na razie nawet nie myślimy o wspólnym mieszkaniu. Znamy się dopiero tydzień i nawet nie jesteśmy jeszcze razem. Tylko się ze sobą spotykamy.
  - Dobra, wiesz co... nie chce mi się już tego dłużej słuchać. Zresztą przyszedł do mnie Louis, uczyć mnie do sprawdzianu. Porozmawiamy kiedy wrócisz. - szybko nacisnęłam czerwoną słuchawkę, rzucając telefon na szafkę. Ze złością rzuciłam swoją kurtę w kąt i zdjęłam buty, które podzieliły swój los razem ze skórzaną kurtką, a następnie pobiegłam na górę, prosto do swojego pokoju.
  - Lucy, co się stało? - Louis pobiegł za mną schodami na górę, próbując uparcie dorównać mi kroku. Zignorowałam jego dalsze pytania wchodząc do swojego królestwa i kładąc się na łóżku. Jeszcze kilka dni temu pewnie rozkleiłabym się chowając głowę w poduszkę i mocząc ją swoimi żałosnymi łzami, ale teraz kiedy na miejscu starej Lucy pojawiła się nowa, łzy nie wchodzą już więcej w grę. Leżałam nieruchomo na łóżku z beznamiętną miną, nie wyrażającą kompletnie nic. Miałam nadzieję, że to odstraszy Louisa i zrozumie, że dzisiejsze korepetycje odwołane, a najlepszym co może teraz zrobić to pojechać do domu, ale on zrobił coś kompletnie innego. Położył się obok mnie, biorąc mnie za rękę i umieszczając ją w swojej. Drugą odgarnął kosmyk moich włosów, które wyszły z mojego koka i teraz spoczywały swobodnie na mojej twarzy.
  - Powiesz mi co się stało? Oczywiście nie musisz mówić jeśli nie chcesz. - po jego głosie słyszałam, jednak, że jest ciekawy powodu mojej gwałtownej reakcji i chciałby to usłyszeć. Westchnęłam z rezygnacja i zdałam mu relację z mojej wcześniejszej rozmowy z mamą co chwilę pokazując swoją frustrację i złość przez to czego się dowiedziałam.
  - Rozumiem, że jest ci z tym ciężko. - zaczął powoli, gdy skończyłam już swój monolog. - Ale nie uważasz, że twoja mama po tylu latach od śmierci twojego taty ma prawo na nowo poczuć się szczęśliwa? Znowu stworzyć z kimś szczęśliwy związek?
  - Nie! Ona jest szczęśliwa teraz, a ten facet nie jest jej do niczego potrzebny. - wstałam z łóżka, zakładając ręce na piersiach i marszcząc brwi. Wyglądałam chyba trochę jak małe, zbuntowane dziecko, ale nie obchodziło mnie to. Oczywiście, że chciałam, żeby moja mama była szczęśliwa, ale po co jej do tego jakiś nowy mężczyzna? Byłam przekonana, że z tego nic dobrego nie wyjdzie.
  - Posłuchaj, moim zdaniem najpierw powinnaś poznać tego faceta, a dopiero później zacząć go oceniać. - Louis również podniósł się z łóżka.
  - Więc ty też trzymasz stronę mojej mamy? - zapytałam z pretensją. Myślałam, że Lou stanie po mojej stronie i pocieszy mnie czymś w stylu "tak, masz rację, to na pewno dupek, ale nie martw się pomogę ci go przegonić" ale nie. On wolał wziąć stronę mojej mamy i jako druga osoba tego dnia wmawiać mi, że Nicholas z pewnością będzie idealnym kandydatem na wybranka serca mojej mamy. Powoli przestaje wierzyć w ludzi.
  - Nie trzymam niczyjej strony - natychmiast zaprzeczył. - Jedynie mowię ci to co myślę. A jeżeli twoje podejrzenia co do tego kolesia okażą się słuszne, uwierz mi, że wtedy pomogę ci odciągnąć go od twojej matki i dać mu porządne lanie, bo z moimi sportowymi umiejętnościami jestem w stanie powalić prawie każdego - Louis wyszczerzył zęby w wielkim uśmiechu.
   Spojrzałam na niego próbując, zdobyć się na chociażby niewielki uśmiech, ale nie potrafiłam. Sytuacja, w której obecnie się znalazłam, nie pozwalała mi na to. Czułam się tym strasznie przytłoczona i jak na razie nie umiałam pójść za radą Louisa. Nawet sobie tego nie wyobrażałam. Dla mnie ten cały Nicholas i tak będzie egoistą  chcącym wykorzystać moja matkę i nikim innym.
  - Hej, popatrz na mnie. - musiałam wyglądać chyba naprawdę przygnębienie, ponieważ Louis ujął moja twarzy w swoje dłonie i przekierowanie ją w swoją stronę. - Wiem, że teraz trudno ci jest się z tym pogodzić, dlatego wiem co może poprawić ci humor, a przynajmniej na chwile obecną. - jego usta wykrzywiły się w zadziornym uśmiechu, a brwi poruszyły się kilka razy w górę i w dół. Na początku nie miałam pojęcia o co może mu chodzić. Byłam pewna jedynie tego, że nie jest to nic związanego z naszymi wcześniejszymi planami dotyczącymi uczenia się matematyki. Mój mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Zaczęłam przypominać sobie nasze wcześniejsze rozmowy, próbując wywnioskować z nich to co miał na myśli stojący przede mną osobnik. Wreszcie wróciłam pamięcią do naszej rozmowy telefonicznej z sobotniego wieczoru, kiedy byłam u Lily, obejrzeć mecz, w którym grał Louis jak i również Justin i Liam - dwa obiekty westchnień moich przyjaciółek i dotarły do mnie jego słowa. "Odwdzięczę  się, obiecuję".
  - Połóż się na łóżku. - powiedział spokojnie, lecz w jego głosie doskonale słychać było stanowczość
   Przełknęłam głośno ślinę, obawiając się nieco tego co miało się za chwilę stać. Przez słowa odwdzięczę się Lou może mieć na myśli jedną z wielu dostępnych rzeczy i właśnie tego się najbardziej obawiałam, jednak wykonałam jego polecenie, powoli kładąc się na łóżku.
   Widziałam jak Louis uśmiecha się pod nosem i idzie w moją stronę, a po chwili już leżał na moim ciele, obdarowując moją szyję pocałunkami. Odchyliłam się w bok dając mu do niej większy dostęp i cicho mrucząc za każdym razem, kiedy jego zęby przygryzły odpowiedni kawałek skóry. Następnym jego celem stały się moje usta. Przygniótł je swoimi, wpychając swój język do środka, jednak mogę powiedzieć, że ten pocałunek był inny niż poprzednie. Był bardziej nachalny i brutalniejszy niż tamte, ale to mi się podobało. Zaczęłam doświadczać strony Louisa, która uwielbiała dominować i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że powoli zaczęłam ją kochać. Jednak wiedziałam, że najlepsze ma dopiero nastąpić.
   Po kilkunastu sekundach namiętnych pocałunków, Louis oderwał się od moich ust i podwinął moją czarną spódniczkę do góry, uśmiechając się przy tym chytrze. Źrenice jego oczu powiększyły się, a niebieskie tęczówki pociemniały, zachodząc pożądaniem. Właśnie teraz, kiedy Lou z łatwością mógł zobaczyć moje majtki przez prześwitujące, czarne rajstopy podziękowałam sobie za to, że uległam Kate kupując czarną, koronkową bieliznę, która prezentowała się niezwykle seksownie i jednocześnie pociągająco, a w tego typu sytuacjach sprawdzała się doskonale.
  - Twoja spódniczka i te czarne rajstopki naprawdę mi się podobają, ale będziemy musieli się ich niestety pozbyć. - oświadczył Louis, powoli zdejmując ze mnie spódnicę, a następnie rajstopy. Tak więc nie wliczając mojej górnej garderoby, która była na swoim miejscu, zostałam w samych czarnych, koronkowych majtkach odkrywających mi połowę pupy i calutkie uda nie zostawiając nawet milimetra zakrytego. Do tej pory chodziłam w majtkach, które zasłaniały dobrze moje dolne części ciała, dlatego teraz odczuwałam pewien dyskomfort a fakt, że Louis patrzył się na mnie jakby chciał się na mnie za chwilę rzucić, rozebrać do naga a potem pieprzyć do upadłego, ani trochę nie pomagał mi w pozbyciu się tego odczucia.
   Jego mimika twarzy szybko uległa jednak zmianie. Podniecenie zastąpiła ta sama stanowczość i chęć dominacji co wcześniej.
  - Rozłóż nogi. - rozkazał, a ton jego głosu nie pozwalał na jakikolwiek sprzeciw.
   Byłam jak zaczarowana jego własnymi zaklęciami. Sposób w jaki do mnie mówił wywoływał na mojej skórze dreszcze a umysł cicho prosił o więcej. Moje nogi same rozłożyły się przed nim tak jak mnie o to prosił, a raczej rozkazał. Potem wszystko potoczyło się tak szybko i jednocześnie tak powoli.
  Louis zaczął pocierać dwoma palcami o moje centrum, przez cienki materiał majtek, co chwilę naciskając kciukiem na moją łechtaczkę. Z moich ust co chwilę wydobywały się ciche jęki, a biodra same wypchnęły się na przód błagając palce Louisa o więcej przyjemności.
  - Jesteś już mokra. - oświadczył odrywając swoje palce ode mnie i rozcierając między nimi moją wilgoć.
  - Louis... - wyjęczałam, zawiedziona w obawie, że właśnie nastąpił koniec tej przyjemnej dla mnie zabawy.
  - Spokojnie, kochanie to była dopiero rozgrzewka przed prawdziwa jazdą. - uśmiechnął się, jakby czytając w moich myślach. Następnie ściągnął ze mnie majtki i włożył we mnie jeden palec, powoli zaczynając poruszać nim w środku mojego ciała. Oczy zaszły mi mgłą, dlatego przymknęłam je, czerpiąc jak największą przyjemność z tego co właśnie robił mi Louis. To naprawdę niezwykle ile przyjemności może dać taki dotyk. W swoim całym 18 - letnim życiu uprawiam już seks i to nie raz oraz pozwoliłam kilka razy mojemu, byłemu chłopakowi na to, żeby zrobił mi dobrze palcami tak jak Louis teraz, jednak nie czułam się wtedy tak dobrze jak w tym momencie. Louisowi wystarczyło zwykle pocieranie o moje majtki, a ja już stałam się na skutek tego mokra. Miał nade mną władzę. W tamtej chwili byłam tylko jego, a jemu się to podobało.
  - Podoba ci się to, co ci robię, kochanie? - spytał, ponownie posyłając mi jeden ze swoich zadziornych uśmieszków. Jego palec nadal znajdował się we mnie, a ruchy jakie nim wykonywał były szybsze i mocniejsze. Pokiwałam potakująco głową, niekontrolowanie wypychając mocniej swoje biodra w jego stronę.
Przyjemność jaką mi dawał była niewyobrażalna. Pierwszy raz mogłam poczuć się tak dobrze.
   Niespodziewanie Louis włożył we mnie drugi palec, co spowodowało, że wygięłam się w łuk i wykrzyczałam jego imię.
- Właśnie tak. Chcę słyszeć jak krzyczysz moje imię. - powiedział, patrząc głęboko w moje oczy i wkładając we mnie do końca oba palce. Moje oczy znowu zamknęły się, a usta raz po raz otwierały się, by jęczeć jego imię.
- Louis... jestem...jestem już blisko. - wyjęczałam, zaciskając palce na fioletowym kocu rozłożonym na moim łóżku. Teraz już w niczym nie przypominało ładnie i schludnie pościelonego łóżka jakie było zanim wyszłam do szkoły, przygotowane specjalnie na przyjście Louisa. Koc leżący na nim zwisał luźno przy ziemi a w miejscu gdzie leżałam był pogięty i pościągany z łóżka.
   Poczułam jak Louis, mocniej penetruje mnie palcami, obijając nimi o mój kobiecy punkt G. Miałam zamknięte oczy, a jedyne co dochodziło do mojego umysłu ze świata zewnętrznego, to moje własne głośne jęki, rozchodzące się po czterech ścianach pokoju.
   Palce Louisa poruszające się wewnątrz mnie, wykonywały swoją pracę na przyśpieszonych obrotach co dodatkowo sprawiało, że wiłam się pod nim jak dżdżownica i gdyby nie fakt, że przytrzymywał mnie drugą ręką, prawdopodobnie spadłabym z łóżka.
   Po kilku następnych minutach moje ciało zastygło w miejscu, przyjmując na siebie orgazm. Lou powoli wyjął ze mnie swoje palce, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej, biorąc łapczywe oddechy.
  - Jak było? - spytał, uważnie obserwując mnie, kiedy zakładałam na siebie bieliznę.
  - Nie tak źle, jak się tego spodziewałam. - wzruszyłam ramionami, próbując ukryć uśmiech pojawiający się na moich ustach. Oczywiście, że bardzo mi się podobało i było wspaniale, jednak chciałam podroczyć się trochę z Louisem, który natychmiast połknął haczyk.
  - Jak to, czyli nie podobało ci się?
  - No wiesz... było przeciętnie.
   Obserwowałam, jak jego twarz przybiera najpierw zaskoczony wyraz, a później zmartwiony. Widocznie nie wiedział co powiedzieć, więc spuścił tylko smętnie głowę.
  - Głuptasie, tylko żartowałam. - zaśmiałam się, siadając przy nim i przytulając się do jego pleców. - Było mi naprawdę cudownie i nie wiedziałam, że posiadasz aż takie umiejętności. Jeszcze nigdy się tak nie czułam, naprawdę. - zapewniłam Louisa, a na dowód tego pocałowałam go krótko w usta. To najwidoczniej mu wystarczyło, bo od razu posadził mnie sobie na kolanach pogłębiając pocałunek. Ciekawym faktem jest to, że nadal miałam na sobie tylko cienkie majtki, ponieważ nie zdążyłam się jeszcze do końca ubrać, a to nie umknęło uwadze Louisa.
  - Podniecasz mnie, kiedy siedzisz mi na kolanach w samych majtkach i tym krótkim topie. - wychrypiał na chwilę przerywając nasz pocałunek.
   Uśmiechnęłam się, ponownie przywierając swoimi ustami do jego ust. Komplementy Louisa o ile mogę nazwać tak słowa, które przed chwilą wyszły z jego ust pochlebiały mi i to nawet bardzo. Poprzednia Lucy pewnie zawstydziłaby się, słysząc to, ale obecna Lucy, którą jestem teraz czuła się dumna i niezwykle seksowna, jednak dla bezpieczeństwa zeszłam z kolan Louisa dokańczając, ubieranie się.
  - Miło było patrzeć jak dochodzisz, ale obawiam się, że to koniec przyjemności na dzisiaj i pora zabrać się za naukę twojego znienawidzonego przedmiotu. - powiedział, kiedy miałam już na sobie wszystkie zdjęte wcześniej ubrania.
  - Oh, tak masz rację. - przyznałam niechętnie. Matematyka od zawsze była moim największym koszmarem i myśl o tym, że muszę zacząć się jej teraz uczyć, przyprawiała mnie o mdłości. Powolnym krokiem wyjęłam z mojej torby podręcznik i zeszyt, a następnie rozłożyłam je na biurku zajmując przy nim swoje miejsce.
  - Zazdroszczę ci, że nie musisz już chodzić do szkoły. - westchnęłam, gdy Lou zajął miejsce obok mnie i wziął do ręki podręcznik, a następnie zaczął go przekartkowywać.
  - Niedługo ty też nie będziesz musiała. Myślałaś już o tym co będziesz robić potem?
  - Szczerze to nie mam pojęcia co będę robić potem, na razie mnie to nie obchodzi. Martwię się na razie czy w ogóle zdam z matmy. Jeżeli tak to będzie cud. - odpowiedziałam, zgodnie z prawdą.
  - Tym się nie przejmuj, bo tak się składa, że ja jestem genialnym nauczycielem. - Louis dumnie wypiął do przodu pierś.
  - Chyba seksu. - wtrąciłam sarkastycznie na tyle cicho, żeby nie dobiegło to jego uszom, jednak Louis Tomlinson widzi i słyszy dosłownie wszystko.
  - Tak, tego też. - zaśmiał się - Ale teraz jednak skupmy się na matematyce. Przerabiasz teraz układy równań z trzema niewiadomymi, więc powiedz mi najpierw czego najbardziej z tego nie rozumiesz.
  - Wszystkiego. - stwierdziłam, patrząc z przerażeniem na cyfry i litery w mojej książce, którą trzymał Louis.
  - Więc mamy przed sobą sporo pracy.  - westchnął. - No cóż, zacznijmy od początku.
*Louis*
   Po trzech godzinach spędzonych nad książką, z przerwami na jedzenie, wreszcie nastał koniec nauki. Nie potrafię stwierdzić komu z nas było ciężej. Lucy nie rozumiała prawie nic z tego co jej tłumaczyłem, tłumacząc się, że matematyka to dla niej czarna magia i ma już dosyć tego bezsensownego tłumaczenia. Dopiero po godzinie zaczęła, rozwiązywać najprostsze równania, a po dwóch godzinach zaczęła próbować tych trudniejszych, jednak niestety dosyć marnie jej to szło. Jeżeli dostanie chociaż tróje z tego sprawdzianu, to zacznę chyba chodzić do kościoła.
  - Masz spore zaległości, jeżeli chcesz zdać egzaminy końcowe z matmy, powinnaś bardziej do niej przysiąść. - stwierdziłem, podnosząc się z krzesła, czując natychmiastowo ulgę w pośladkach. Kiedy jeszcze siedziałem, po pewnym czasie miałem wrażenie, że mój tyłek wrósł się w krzesło. To było naprawdę niekomfortowe.
  - Wiem, ale to naprawdę nie jest takie proste. Kiedy tylko widzę te znaczki robi mi się słabo. - Lucy również podniosła się ze swojego miejsca i po jej wyrazie twarzy widziałem że odczuła taką sama ulgę w pośladkach jak ja przed chwilą. 
   Pomarańczowy podręcznik do matematyki, nadal leżał otwarty na stronie z zadaniami, które teraz zaczęły obrzydzać już nawet mnie. Po części rozumiałem niechęć Lucy do matematyki, bo kiedy sam chodziłem jeszcze do ostatniej klasy liceum, sam niezbyt za nią przepadałem, choć radziłem sobie z nią całkiem nieźle. Nie lubiłem jej jednak głównie dlatego, że nauczyciel który mnie jej uczył był bardzo wymagający, przez co musiałem poświęcać jej więcej czasu, a ja wolałem zamiast tego grać w piłkę nożną, która była moim zamiłowaniem już od dziecka.
  - To nie są znaczki tylko cyfry, a poza tym uwierz mi, że kiedy to zrozumiesz nabierzesz innego stosunku do tego przedmiotu. - próbowałem jakoś ją zachęcić, jednak i tak przewidywałem, że moje starania spalą się na panewce.
  - Nie byłabym tego taka pewna. - moje przypuszczenia, sprawdziły się. Lucy wykrzywiła usta w grymasie, a potem zamknęła rozłożony na biurku podręcznik i zeszyt. Zobaczyłem że mały, elektroniczny zegarek postawiony na biurku wyświetla godzinę 19:30, co oznaczało, że powoli zaczyna robić się już późno, a ja powinienem już iść. Za oknami już dawno zapanował mrok, a jedyne światło jakie panowało na zewnątrz było to te, z ulicznych latarni oraz te bijące od księżyca, schowane w połowie za ciemnymi chmurami.
  - Chyba zacznę się już zbierać. - oświadczyłem, odwracając wzrok od okna i przekierowując go na Lucy
  - Nie zostaniesz jeszcze trochę? - zasmuciła się, wyginając dolną wargę w podkówkę, a ręce zarzucając mi na szyję. Wyglądała wprost uroczo z tym wyrazem twarzy, co tylko sprawiało, że chciałem jej ulec i zostać, jednak wiedziałem, że powinienem już wracać, jeżeli chcę zdążyć, jeszcze potrenować przed jutrzejszym dniem. Musze pokazać się trenerowi w jak najlepszej formie, a jeżeli pozwolę sobie dziś, na odpuszczenie domowego treningu, na pewno nie wypadnę najlepiej z całej drużyny, a właśnie na tym mi zależy.
  - Nie mogę, muszę jeszcze poćwiczyć. - odpowiedziałem, niechętnie zdejmując z mojej szyi, ręce Lucy.
  - W takim razie, chociaż odprowadzę cie do drzwi. - odpowiedziała smutno, ciągnąc za metalową klamkę i otwierając drzwi jej pokoju na oścież.
   Zamknąłem je od razu po tym, kiedy weszliśmy do środka z pierwotnymi zamiarami uczenia się. Tak naprawdę, kiedy tylko usłyszałem z części rozmowy Lucy z jej mamą o tym, o której godzinie ma zamiar wrócić do domu, uznałem to za zielone światło i w głowie miałem już plan, odpłacenia się za przygodę w samochodzie, a drzwi zamknąłem dla wzmożonej prywatności, gdyby kolacja z "kolegą" nie wypaliła, z jakiegokolwiek powodu. W końcu mówi się, że bezpieczeństwa nigdy dość. 
   Wolnym krokiem zeszliśmy na dół, a naszym oczom ukazała się ciemność. Wszystkie światła były zgaszone, a białe zasłonięte rolety dodawały tylko ponurego nastroju. Jedynym światłem, było to z pokoju Lucy, które dawało słabą poświatę na schody.
   Lucy szybko zaświeciła światło i poprowadziła  mnie dalej do holu, gdzie założyłem na siebie moją zimową kurtkę i buty.
  - Do zobaczenia, skarbie. - powiedziałem, kiedy moja lewa ręka spoczywała już na klamce. Drugą przyciągnąłem do siebie drobne ciało Lucy i pocałowałem ją na pożegnanie, wślizgując do jej ust swój język. Przez pocałunek czułem jak się uśmiechała. Nie wiedziałem czy z powodu tego jak ją nazwałem, czy z tego jak świetnie ją całuje, ale uwielbiałem kiedy się uśmiechała. Wyglądała wtedy tak uroczo i tak niewinnie przez co miałem jeszcze większą ochotę na to, żeby ją pieprzyć. Na samą myśl o jej nagim ciele leżącym pode mną i o rzeczach które mógłbym jej robić, mój przyjaciel u dołu od razu budził się do życia.
   Po wyjściu z ciepłego domu Lucy, od razu ogarnęło mnie przenikliwe zimno. Wiatr wiał jeszcze mocniej, niż kiedy odbierałem ją ze szkoły. Mrok panował prawie wszędzie, przez co mój wzrok musiał chwilę się przyzwyczaić, żeby odnaleźć mój samochód zaparkowany gdzieś niedaleko. Kiedy zmierzałem już w jego kierunku, kątem oka zobaczyłem jak przed ceglanym domem, z którego przed chwilą wyszedłem, parkuje czarna toyota prius, a chwilę później wysiadła z niej znajoma mi osoba, a mianowicie mama Lucy. Miała na sobie elegancką czarną sukienkę, czarne szpilki, a na twarzy wielki uśmiech, z którego można było wywnioskować, iż randka była udana. Korzystając z jej dobrego humoru, podszedłem do niej szybkim krokiem z gotowym w głowie planem. Dotyczył on wyjazdu do Austrii na ferie. Lucy co prawda nie zgodziła się na za sponsorowanie przeze mnie jej ferii, jednak miałem nadzieję, że jej mama będzie miała co do tego inne zdanie i zgodzi się na moją ofertę. Bynajmniej ja nie zamierzałem się tak łatwo poddać.
  - Dobry wieczór pani Swan. - przywitałem się, kiedy znalazłem się już przy kobiecie.
  - Oh, Louis. Dobry wieczór. - uśmiechnęła się ciepło, gdy tylko jej wzrok padł na moja osobę. - Korepetycje się udały? - spytała od razu, nie przestając się uśmiechać.
   "Nawet nie wiesz jak bardzo. Gdybyś tylko słyszała co się działo i jak głośno twoja córka krzyczała moje imię." - pomyślałem, jednak w odpowiedzi tylko pokiwałem głową, uśmiechając się pod nosem.
  - Lucy ma jeszcze dużo zaległości do nadrobienia, ale myślę, że jeżeli się do tego przyłoży wszystko pójdzie dobrze, jednak ja nie o tym chciałem z panią porozmawiać.
  - Naprawdę, a o czym? - pani Swan zmarszczyła brwi i przystąpiła na drugą nogę.
  - Wie, pani że powoli zbliżają się ferie, prawda? - mama Lucy pokiwała głową, przypatrując mi się z jeszcze większą ciekawością niż przed chwilą. - Więc ja i moi przyjaciele jedziemy jak co roku na narty do Austrii. Bardzo chciałem zabrać na ten wyjazd również pani córkę. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że może pani nie dysponować taką kwotą pieniędzy, dlatego zaproponowałem Lucy, że za wszystko zapłacę ja. Z góry chciałbym powiedzieć,  że dla mnie nie jest to absolutnie żadnym problemem, a wręcz przyjemnością. Austria to piękny kraj, oprócz gór jest tam wiele cudownych miejsc, które na pewno warto odwiedzić. Poza tym możliwość poznania tradycji austriackich na pewno będzie czymś dobrym dla Lucy, a oprócz tego mogłaby nauczyć się trochę języka niemieckiego. W związku z tym, chciałem panią prosić o przekonanie córki na zgodzenie się opłacenia przeze mnie tego wyjazdu, jeżeli tylko wyraża pani na to zgodę. - gdybym chodził jeszcze do szkoły jestem pewien, że dostałbym za tę przemowę szóstkę z angielskiego. W całym swoim życiu nie powiedziałem czegoś równie mądrego, dlatego byłem pełen podziwu dla samego siebie. Oczywiście skłamałem trochę mówiąc o kulturze austriackiej i miejscach które warto odwiedzić, bo bynajmniej ja odwiedzam tam tylko dobre restauracje i spożywczaki,  żeby zaopatrzyć się w swoje jedzenie, ale mamie Lucy nie jest to niezbędne do wiadomości, a jeżeli trochę jej nazmyślam, wyszedłem z założenia, że może prędzej się zgodzi.
  - Cóż to co mówisz wydaje mi się być bardzo dobre dla Lucy. Już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz jeździła na nartach, a przecież to taki przyjemny sport. Gdyby mi tylko o tym powiedziała myślę, że od razu bym się zgodziła. Powiedz mi tylko ile wyniesie ten wyjazd?
  - Niech się pani tym nie martwi, koszty leżą już w moim interesie. - powiedziałem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Podejrzewałem, że prędzej czy później uda mi się namówić panią Swan na ten wyjazd, jednak nie myślałem, że pójdzie mi to tak szybko.Tak czy inaczej byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy i już nie mogłem doczekać się co powie Lucy, kiedy tylko się o tym dowie. Jasną sprawą jest to, że nadal może protestować przeciwko jechania na mój koszt, ale byłem niemalże pewien, że jej mama na pewno znajdzie sposób na to żeby się zgodziła, w końcu sama wyraziła chęć pozwolenia jechania swojej córki do Austrii.
  - To bardzo miło z twojej strony, że chcesz za wszystko zapłacić, Louis, ale myślę, że jednak dam rade opłacić Lucy jej wycieczkę z tobą. Nie zrozum mnie źle, ale sądzę, że tak będzie lepiej. - oświadczyła poważnie kobieta.
  - Jest pani pewna? To może wynieść około dziesięciu tysięcy funtów.
  - Tak, jestem tego pewna.
  - No cóż w takim razie w porządku. - zgodziłem się, czując, że jeżeli ponownie zacznę nalegać, mama Lucy może zmienić swoją decyzję. - Więc do widzenia pani Swan i życzę miłego wieczoru. - pożegnałem się uprzejmie, oddalając się w stronę swojego białego lexusa.
  - Nawzajem Louis. - uśmiechnęła się i również poszła w swoim kierunku.
  - Co za udany dzień. - powiedziałem do siebie, kiedy wsiadłem już do auta, zatrzaskując jeszcze tylko za sobą drzwi. Po chwili wyjechałem na długą, oświetloną latarniami drogę, a uśmiech na moich ustach nie zniknął ani na jedną małą chwilę. Tegoroczne ferie zimowe zapowiadały się naprawdę niesamowicie.
                                                                         ***
  Następny rozdział : 20 grudnia. 

sobota, 24 września 2016

Rozdział 16

Bardzo prosimy o przeczytanie notatki pod rozdziałem, jest bardzo ważna i na pewno będzie dla Was interesująca
*Lucy*
   Piątkowe popołudnie, tuż po szkole, kiedy nareszcie można odpocząć od tych wszystkich książek i prac domowych, wylegując się na łóżku przy włączonym telewizorze, z leżącym na kolanach psem i miską popcornu. To jest właśnie to czego mi teraz potrzeba. Ten tydzień nie należał do lekkich. Poniedziałkowa wizyta u dyrektora na pewno nie była wymarzonym rozpoczęciem tygodnia, a konsekwencje jakie to za sobą pociągnęło, tym bardziej nie należały do przyjemnych, bo jakbyście się czuli gdybyście musieli przez 5 dni z rzędu sprzątać szkolną stołówkę tylko za to, że chcieliście wstawić się za swoja przyjaciółką i powiedzieliście waszemu dyrektorowi parę słów prawdy? Wszystko ma jednak swoje dobre strony i ta historia również je ma. Może i zamiatałam podłogi, i wyrzucałam skórki po bananach, i papierki po cukierkach, pozostawione przez innych uczniów, ale za to nasza księżniczka Mia miała o wiele gorsza karę do odbycia. Wyobraźcie sobie jak wspaniale było oglądać ją, sprzątającą brudne toalety i odgarniającą śnieg z boiska i parkingu szkolnego w swojej miniówce i cienkich rajstopach, ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że teraz calutka szkoła plotkuje o tym jaką klęskę poniosła nasza była już "królowa szkoły", a na dodatek wszyscy widzieli to jak "doskonale" radzi sobie czyszcząc szkolne kible. O tak, karma wraca, suko. Jednak istnieje coś takiego jak sprawiedliwość.
   Teraz jest godzina 15, a ja oglądam film dla kilkuletnich dzieci, który jest zatytuowany "Auta 2", świetnie się przy tym bawiąc. No dobra, może nie tak świetnie. Chciałam spotkać się tego dnia po szkole z dziewczynami, ale niestety Lily nie może, ponieważ musi pilnować swojego młodszego,
sześcioletniego brata, gdyż jej rodzice postanowili, zrobić sobie romantyczną kolację z okazji rocznicy swojego poznania, a Kate odbudowuje swoje relacje z bratem i idzie razem z nim i jego dziewczyną - Gigi, na gokarty. Co do Louisa, pewnie teraz się pakuje i jedzie razem ze swoją drużyną do Liverpoolu, gdzie ma się odbyć ich następny mecz. Jest mi trochę przykro, bo miałam nadzieję, że przyjdzie się przynajmniej ze mną pożegnać, ale to w końcu tylko weekend, a my i tak nie wiedzieliśmy się ze sobą o wiele dłużej, więc co to za różnica, kiedy będziemy się widzieć...?
  - Lucy? - w moim pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Klamka ugięła się, a zza drzwi ukazała się głowa mojej mamy przysłonięta jej ciemnymi włosami. - Masz gościa. - oznajmiła mi wesoło, uchylając szerzej drzwi i wpuszczając gościa do środka.
   Przez chwilę nie mogłam rozpoznać kto stoi przede mną. Miał na głowie czarny kaptur tak, że nie widać było połowy jego twarzy. Spuściłam wzrok na jego ręce. Przez podniesiony rękaw u lewej ręki dostrzegłam, jego tatuaże. Louis. Podniosłam się z łóżka zdejmując z siebie włochatą, białą główkę Sisi i stanęłam naprzeciwko niego, witając się z nim krótkim "cześć". Nie wiedziałam jak mam się z nim przywitać po tym co stało się w poniedziałek rano, w jego garderobie między nami. Powinnam go pocałować? A jeśli by mnie odepchnął, ze śmiechem oznajmiając mi, że na za dużo sobie pozwalam?
  - Tylko cześć? - Louis opuścił kaptur swojej bluzy, dzięki czemu, mogłam podziwiać jego niebieskie oczy i brązowe wyżelowane włosy oraz pełne, malinowe usta delikatnie wykrzywione w grymasie.
  - Hmm, chyba tak. - odpowiedziałam,
niepewnie spoglądając kątem oka na moją suczkę, która właśnie zaczęła obwąchiwać Louisa po stopach. Louis schylił się i pogłaskał ją po łebku, a potem podniósł się i podszedł bliżej mnie tak, że między nami została jedynie niewielka przestrzeń.
  - Dlaczego mnie nie pocałowałaś? Myślałem, że jesteśmy już na tym etapie. - powiedział niskim głosem pochylając się w moją stronę i muskając swoimi wargami moje.
  - Nie wiedziałam czy chcesz. - odparłam ledwo słyszalnym głosem zmniejszając przestrzeń między nami do minimum i zarzucając Louisowi ręce na szyję.
  - Właśnie po to tu przyszedłem. - wychrypiał brutalnie atakując moje usta swoimi. Po chwili polizał językiem moja dolną wargę, prosząc tym o większy dostęp. Dałam mu go, bez zbędnych protestów, żeby poczuć jak jego język spotyka się razem z moim i wspólnie zgrywają się w idealnym dla nas rytmie. Potrzebowałam tego tak bardzo. Przez te cztery dni, kiedy go nie widziałam marzyłam o tym, żeby znowu poczuć jego wargi na swoich, doznać tego samego uczucia, którego doznałam, gdy po raz pierwszy się pocałowaliśmy.
 W pewnym momencie poczułam jak dłonie Louisa, zjeżdżają powoli z moich bioder wzdłuż ciała, a po chwili zaciskają się na moich pośladkach. Jęknęłam przez pocałunek w jego usta, tym samym dając mu satysfakcję. Nie pozostałam mu jednak dłużna na długo i w ramach małego rewanżu puściłam jego szyję, po to, by swoimi dłońmi, zacząć jeździć najpierw po jego klatce piersiowej, a następnie schodząc w jego intymne okolice.
    Kiedy tylko moje dłonie dotknęły jego krocza przez spodnie, usłyszałam dźwięk gwałtownie wciąganego powietrza. Uśmiechnęłam się chytrze, przerywając pocałunek i przerzucając wzrok na twarz Louisa. Miał przymknięte oczy, a usta zacisnął w wąską linię. Ewidentnie było po nim widać, że to co robię go podnieca.
  - Chcesz dokończyć to co przerwał nam telefon od twojej mamy, w poniedziałek? - zapytał z nadzieją i podnieceniem w głosie. Jego niebieskie oczy pociemniały, a źrenice poszerzyły się, tak, że teraz połowa jego oka byłą przysłonięta czernią.
  - Może innym razem. - odpowiedziałam obracając się do niego plecami, z szerokim uśmiechem na ustach. Uwielbiałam w ten sposób się nim bawić.
- George jest zawiedziony. - oświadczył smutno. Nie bardzo wiedziałam tylko, kim jest George, ale z moich domyślań wynikało, że właśnie tak nazwał swojego kolegę, którego przed chwilą dotknęłam. Zaśmiałam się i spojrzałam przez ramię na jego zwieszoną głowę i usta wygięte w podkówkę.
  - Tak nazwałeś swojego przyjaciela u dołu?
  - Tak, ale jeśli chcesz możesz dać mu jakąś nową ksywkę.
  - Chyba zostawię tą przyjemność tobie.
   Ponownie odwróciłam się do niego plecami i usiadłam z powrotem na moim mięciutkim, wygodnym łóżku, na nowo skupiając wzrok na bajce, lecącej na ekranie telewizora, zawieszonego nad komodą z pomalowanego na biało drewna. Nie minęło nawet kilka sekund, gdy poczułam jak materac ugina się pod ciężarem Louisa, który po chwili objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Sisi widząc nas w tej pozycji, wesoło wskoczyła Louisowi na kolana i zamerdała ogonkiem.
  - Chyba twój piesek mnie polubił. - stwierdził biorąc Sisi na ręce i sadzając sobie na części brzucha kilka centymetrów od mojej głowy. Ciekawym faktem jest również to, że posadził ją sobie akurat w taki sposób, że miałam wprost doskonałe widoki na biały kuperek mojego pieska. Niechętnie, ale odsunęłam się od Louisa pozwalając, by jego ramię, którym mnie obejmował opadło na poduszkę. Był, jednak tak zajęty głaskaniem Sisi po brzuchu, że nawet tego nie zauważył. Pomyślałam przez to, że woli mojego psa ode mnie, ale potem zdałam sobie sprawę z tego, że to o czym teraz myślę jest niedorzeczne, ponieważ to by oznaczało, że zaczynam być zazdrosna o swojego psa, a to na pewno nie jest niczym normalnym.
  - Luigi! - oboje wzdrygnęliśmy się na głośny okrzyk, dochodzący z telewizora wydanego przez jednego z samochodzików. Spojrzałam na ekran. Luigi był żółtym, małym samochodzikiem, takim, którym jeździło się w latach 80. Witał się właśnie z drugim samochodem, podobnych do niego rozmiarów, który jak się okazało był jego wujkiem.
  - Pasuje do ciebie to imię. - stwierdziłam przerzucając wzrok z ekranu na Louisa, który odłożył Sisi na podłogę i tak jak ja wpatrywał się w ekran telewizora. Z zewnątrz musi chyba wyglądać to nieco dziwnie. Mam na myśli: dwoje dorosłych ludzi oglądający bajkę dla kilkuletnich chłopców. Ale cóż ta bajka jest naprawdę interesująca. Po raz pierwszy obejrzałam ją z bratem Lily i oczywiście też z samą Lily. Kate nie chciała wtedy z nami oglądać. Stwierdziła, że ta bajka jest tak samo głupia jak nowy sezon serialu "Jak poznałem waszą matkę", którego ona nienawidzi oglądać w przeciwieństwie do mnie. Lily natomiast stwierdziła, że nie głupsza od niej na co Kate przewróciła teatralnie oczami i zaczęła sms - ować z jej obecnym wtedy chłopakiem - Harrym Stylesem.
  - Nieprawda. Uważam, że ani trochę do mnie nie pasuje. - oburzył się Louis wykrzywiając usta.
  - A ja uważam, że tak i wiesz, co? Od teraz właśnie tak będę cię nazywać. - uśmiechnęłam się szeroko, zeskakując z łóżka.
   Uwielbiałam niemal wszystkie jego miny, które robił w zależności od sytuacji, ale ta była zdecydowanie moją ulubioną. Chodzi mi mianowicie o uroczy grymas na jego twarzy, pokazujący niezadowolenie. Przez ostatni weekend, który spędziliśmy razem myślę, że chyba się do siebie zbliżyliśmy, ale wiem, że nie do takiego stopnia do jakiego bym chciała. Gdybym wiedziała, że Louis jest inny i nie jest typowym kobieciarzem, może nawet powiedziałabym, że idziemy dobrą drogą do bycia w związku, ale niestety bardzo dobrze wiem jaki jest i jakie ma nawyki. Patrząc na to co mam, powinnam być wdzięczna opatrzności, że nie przestał się mną interesować od razu po tym, kiedy oświadczyłam mu, że z seks - układu, na który chciał ze mną iść, nici. Owszem mam świadomość tego, że jego zainteresowanie mną jest tylko chwilowe i za wkrótce będzie musiało nastąpić to co nieuniknione, co z pewnością połamie moje serce na kawałki, ale na razie chce się cieszyć tym co teraz między nami jest. Czymkolwiek to jest i jakkolwiek da się to nazwać.
  - Nieważne. Przebierz się w... coś - powiedział obrzucając wzrokiem od góry do dołu moje szare dresy, które zazwyczaj zakładam w takie popołudnia jak to, gdy oglądam telewizję z miską popcornu i psem na kolanach, który czasem jednak woli potowarzyszyć mojej mamie w kuchni i pobłagać ją o kawałek boczku.
  - Nie podobają ci się moje dresy? - spytałam udając obrażoną i obrzucając Louisa leżącego na moim łóżku, z głową wygodnie ułożoną na poduszkach wyzywającym wzrokiem.
  - Ty mi się zawsze, we wszystkim podobasz, ale kiedy zabieram cię do najlepszej kawiarni w tym mieście, wolę, żebyś założyła coś bardziej szykownego. Nie obrażając oczywiście twoich dresów.
   Zrobiło mi się cieplej na sercu na dźwięk wypowiedzianego przez niego zdania. Słyszę to już co prawda, po raz kolejny, ale mimo to za każdym razem czuję znajome ciepło. To naprawdę niesamowite uczucie usłyszeć takie zdanie z ust osoby, do której coś czujesz.
  - Zabierasz mnie do kawiarni?
  - Tak. - wzruszył obojętnie ramionami, ale na jego ustach uformował się delikatny uśmiech. - Więc przebierz się szybko, bo nie mam za dużo czasu. Za niecałe trzy godziny muszę jechać.
  - O której masz mecz? - zapytałam podchodząc do szafy i wyciągając z niej czerwony sweter bez guzików do zarzucenia na ramiona, czarny t-shirt i czarne, opinające spodnie, w których moje nogi wyglądały niezwykle szczupło, dlatego też były one jednymi z moich ulubionych par spodni.
  - Jutro o 19. Będziesz oglądać mnie w akcji?
  - Może. - zaśmiałam się puszczając Lou oczko, po czym opuściłam swoje królestwo kierując się do łazienki.
   Po kilkunastu jak podejrzewam minutach, otworzyłam drzwi łazienki w zupełnie nowej odsłonie. Spojrzałam w lustro, wiszące naprzeciwko mnie i przejrzałam się w nim z podziwem dla samej siebie. Czarne, równiutko narysowane kreski na moich powiekach, delikatny różowy cień i usta pomalowane krwisto - czerwoną szminką, którą dostałam od Lily w prezencie, idealnie dogrywały się z moim czerwonym swetrem narzuconym na ramiona. Czarne, wąskie spodnie tak jak myślałam odchudziły moje nogi co najmniej o połowę. W takiej stylizacji mogłam spokojnie wyjść do kawiarni bez obawy, że jeśli ktokolwiek zechce, nam zrobić zdjęcia, wyjdę na nich jakbym dopiero co wstała z łóżka.
  - Ile można przesiadywać w łazience? Czekałem na ciebie prawie pół godziny i... - Louis podniósł się z mojego łóżka wyrzucając do góry ręce dla lepszego, zaprezentowania swojego zniecierpliwienia i bardzo męczącego oczekiwania. Jednak odrazu gdy jego wzrok spoczął na mnie przestał, bezsensownie zrzędzić i przybliżył się w moim kierunku jeszcze raz skanując mnie uważnie od góry do dołu.
  - Wyglądasz cholernie seksownie. - zamruczał składając pojedynczy pocałunek na mojej szyi.
  - Możemy iść. - oświadczyłam, robiąc krok w tył. Musiałam zachować między nami niewielki dystans, ponieważ w innym wypadku nic by nie wyszło z naszego wyjścia do kawiarni z wiadomych przyczyn, choć szczerze może nawet skusiłabym się na tę opcję, gdyby nie fakt, że piętro niżej jest moja mama, która może przyjść tutaj w każdym momencie.
  - Ah, i jeszcze jedno. - dodałam omijając zgrabnie Louisa i wyciągając z górnej półki w mojej szafie jego spodnie i bluzę ułożone schludnie w kostkę. - Miałam ci to oddać. - powiedziałam wyciągając w jego kierunku rękę z ubraniami.
  - Dzięki. - zabrał ode mnie swoje rzeczy zwijając je niedbale w kłębek i wkładając je, sobie pod pachę. - Też mam twoje ubrania, które zostawiłaś u mnie na basenie. Dam ci je, jak już będziemy w samochodzie, bo zostawiłem je w bagażniku.
   Pokiwałam głową i oboje ruszyliśmy w kierunku schodów. Już po przekroczeniu kilku stopni, zobaczyłam jak moja mama podnosi się z kanapy, odkładając swój laptop na bok i staje przy schodach z szerokim uśmiechem, skierowanym w stronę Louisa.
  - Wychodzicie gdzieś razem? - zapytała unosząc do góry brwi z wciąż nie znikającym uśmiechem. Jej entuzjazm na widok Louisa jest moim zdaniem dosyć przesadny. Oczywiście cieszę się z faktu, że moja mama akceptuje i lubi mojego... przyjaciela, jeśli mogę go tak nazwać, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby tak serdecznie witała, któregoś z moich byłych chłopaków lub chociażby kolegów ze szkoły. Zawsze była dla nich miła i uprzejma, ale zachowywała dystans i pewną rezerwę wobec nich, a od razu po ich wyjściu radziła mi, żebym lepiej zachowała ostrożność, "bo z chłopcami nigdy nic nie wiadomo" i  "oni zawsze najpierw obiecują, a potem odchodzą i zapominają o tobie jak o starym, już nie potrzebnym meblu". Tymczasem ma takiego, właśnie osobnika przed sobą i niesamowicie go wielbi i zachwala.
  - Zabieram Lucy do kawiarni, ale spokojnie pani Claire odwiozę ja z powrotem do domu za mniej więcej godzinkę. Niestety sam niedługo muszę jechać z moją drużyną do Liverpoolu, gdzie jutro odbędzie się nasz mecz.
   Przez chwilę odniosłam wrażenie, że się przesłyszałam. Czy on właśnie powiedział do mojej mamy Claire? Naprawdę rzadko kto się do niej tak zwraca, a już na pewno nie nikt z moich znajomych. To zdrobnienie jest zarezerwowane tylko dla jej przyjaciół i rodziny, chociaż zdarzają się sytuacje, że osobom z dalszej rodziny każe, zwracać się do siebie "Clarissa", gdyż twierdzi, że ''Claire brzmi jakby była nastolatką, a tak nie wypada dorosłej kobiecie".
  - Oh, rozumiem, Louis. Lucy też powinna być wcześniej w domu i uczyć się do zbliżającego sprawdzianu z matematyki. Nie zbyt sobie radzi z tym przedmiotem. - dodała zasmucona. Faktycznie nie jestem dobra z matematyki jak większość osób i szczerze powiedziawszy to nie wiem czy dam radę ogarnąć materiał, którego muszę się wyuczyć, a raczej zrozumieć w ciągu zaledwie tygodnia.
  - Nie mówiłaś mi, że masz niedługo sprawdzian z matematyki. - zwrócił się do mnie. - Chętnie mogę ci pomóc.
  - A ty nie mówiłeś, że jesteś orłem z matmy.
  - Może nie orłem, ale pamiętam dużo z ostatniej klasy liceum i całkiem nieźle sobie radziłem z przedmiotami ścisłymi. - uśmiechnął się z zadowoleniem.
  - To wspaniale! - wykrzyknęła radośnie mama. - Louis tak się cieszę, że mógłbyś pomóc Lucy, ale oczywiście, jeśli nie będzie to dla ciebie żadnym problemem, w końcu pewnie często masz treningi.
   Przewróciłam oczami i odwróciłam się bokiem nie chcąc dalej oglądać scenki rozgrywającej się w pobliżu mnie. Było mi trochę wstyd za moją mamę i jej przesadny entuzjazm jak i również byłam trochę zła na nią za to, że organizuje mi korepetycje z matematyki, nie pytając się mnie nawet o zdanie, choć pewnie bym się na to zgodziła, bo jest mi to naprawdę na rękę. Bez pomocy pewnie znów zawaliłabym kolejny sprawdzian, a na to nie mogłam już sobie pozwolić.
   Tak,więc Louis i moja mama dogadali się w sprawie uczenia mnie w czasie krótszym niż się spodziewałam. Lou jak zwykle gwarantował, że dla niego to naprawdę nie jest żadnym problemem, a będzie mu sprawiać ogromną przyjemność fakt, że może mi pomóc. Od wtorku do czwartku (ponieważ w poniedziałek nie będzie mógł mnie uczyć ze względu na kaca, którego z całą pewnością będzie miał po imprezie organizowanej po meczu dla obu drużyn) będzie odbierał mnie ze szkoły, a od razu potem przyjdzie do mnie i będzie tłumaczyć mi tyle czasu, ile będzie to konieczne.
   - Więc my już idziemy. - powiedział po skończonej wymianie zdań z moją mamą, łapiąc mnie za rękę i idąc w kierunku holu. Nasze palce ponowie się ze sobą złączyły, a w moim ciele po raz kolejny rozpłynęło się przyjemne ciepło jak za każdym razem kiedy łapiemy się za ręce. Ten gest nie umknął oczywiście mojej mamie, która swoim czujnym, badawczym wzrokiem obserwowała nas do samego wyjścia. Mogłam zobaczyć jak uśmiecha się pod nosem na widok naszych splecionych dłoni co było dla mnie pewnego rodzaju zachętą i nadzieją. Miło było widzieć jak moja mama trzyma za nas kciuki, nawet jeśli związek z Louisem jest czymś, całkowicie niemożliwym.

*Louis*
   Obserwowałem w spokoju jak Lucy pochyla się w holu zakładając czarne botki na niewysokim obcasie, a po chwili chwyta za swój czerwony płaszcz w kratkę. Przez cały ten czas wyczuwałem wzrok jej mamy na nas, co było odrobinę krępujące. Bardzo polubiłem tą kobietę, zresztą podobnie jak ona mnie. Jest naprawdę bardzo miłą i uprzejmą osobą, tylko chyba za bardzo ingeruje w życie swojej córki. Uważam, że Lucy powinna mieć większą swobodę tym bardziej, że ma już prawie dziewiętnaście lat, jednak nie powiedziałem o tym pani Claire, gdyż sądzę, że są to sprawy wyłącznie między nimi i nie mogę się do tego wtrącać.
  - Do widzenia pani Swan. - rzuciłem na wyjściu, wcześniej przepuszczając Lucy w drzwiach, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Co jak co, ale kobietę należy traktować z szacunkiem. Nie mam na myśli, tu tych z którymi sypiam. One same wchodzą mi do łóżka i nie posiadają szacunku same do własnej osoby.
  - Do widzenia, Louis. Bawcie się dobrze! - krzyknęła za nami, uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta. Gdy wzięła do ręki jedną z gazet, leżących na równo poukładanym stosie na stoliku, zamknąłem mocne, drewniane drzwi od domu i ponownie chwytając Lucy za rękę podeszliśmy do mojego samochodu zaparkowanego tuż za rogiem ze względu na to, iż pozostałe miejsca z zezwoleniem na parkowanie były zajęte, jak sądzę przez właścicieli domów stojących w równym rzędzie jeden obok drugiego, a było ich naprawdę sporo.
   Otworzyłem drzwi od strony pasażera Lucy, a następnie sam obszedłem dookoła mojego nowiutkiego, białego Lexusa LC 500h, zakupionego zaledwie dwa dni temu razem z Liamem. Jeśli chodzi o mojego drugiego przyjaciela - szanownego Justina Biebera to nie, nie było go z nami, gdy zakupowałem to cudeńko, ponieważ umówił się wtedy z Kate na kolejną randkę, którą w dalszym ciągu nazywa jedynie wspólnym spotkaniem. Ta dziewczyna robi z niego coraz większą pizdę, co mi się bardzo nie podoba.
  - Ładny samochód. - powiedziała Lucy podziwiając wnętrze samochodu i wszystkie inne jego gadżety.
  - Kupiłem go niedawno. Jest idealny i do tego ma cichszy silnik od mojego poprzedniego Lamborghini Gallardo albo Range Rovera Evoque. - pochwaliłem się z ogromną dumą. Szczerze bałem się, że Lucy nie zauważy mojego nowego nabytku, ale na szczęście zauważyła to dzięki czemu mogę z dumą pochwalić się moim najnowszym Lexusem
  - Tego Range Rovera, którym mnie potrąciłeś w sylwestra? - zaśmiała się pod nosem.
  - Nie, to ty pod niego wpadłaś, a nie ja w ciebie wjechałem.
  - Nieważne. - Lucy machnęła ręką, kładąc swoją czarną torebkę na wycieraczce pod swoimi nogami i opierając się łokciem o ramę szyby. Wyjąłem ze spodni kluczyki z już zakupionym przeze mnie tego samego dnia breloczkiem z wygrawerowanym "L" - logo mojego nowiutkiego autka, jednak nawet nie zdążyłem ich odłożyć do schowka, gdyż Lucy do tej pory spokojnie siedząca na swoim miejscu przełożyła nogę nad dźwignią skrzyni biegów i usiadła na moich kolanach, a raczej na moim kroczu.
  - Lucy...umm co ty robisz, jeśli mogę wiedzieć? - wydusiłem z siebie z lekkim podnieceniem narastającym we mnie.
  - Dokańczam to czego nie dokończyłam w poniedziałek rano, kiedy byłam u ciebie. Już nie pamiętasz? - spytała z zadziornym uśmieszkiem na twarzy i przechylając głowę w lewo. Rzuciła swój płaszcz na tylne siedzenia, zdjęła z siebie szybko buty i zaczęła poruszać się swoją pupą w górę i w dół, po moim przyjacielu, który od razu się ożywił.
  - Kurwa. - syknąłem, kiedy jej pośladki po raz kolejny uderzyły o mojego penisa schowanego w spodniach. Położyłem swoje dłonie na jej biodrach, mocno zaciskając na nich swoje palce. Kierowałem jej biodrami, pomagając jej się tym na mnie poruszać. Podniecenie i pożądanie narastało we mnie z każdą kolejną sekundą, co doskonale odzwierciedlał, całkowicie obudzony już George. Z moich ust co chwilę wydobywały się niekontrolowane jęki, na co usta Lucy wykrzywiły się w jeszcze większym uśmiechu.
  - Lucy... - wydusiłem z siebie przez jęki. - Nie musisz... ooh...tego robić, jeśli...
  - Ćśśś - dziewczyna położyła mi palec na ustach, odrobinę spowalniając swoje ruchy. Po chwili ujęła moją twarz w dłonie i położyła swoje usta na moich. Językiem polizałem jej dolną wargę prosząc o dostęp. Otworzyła usta dzięki czemu szybko i zwinnie dostałem się do jej wnętrza, a następnie nasze języki złączyły się ze sobą. Wszystko wokół nas nagle stało się nieistotne. Liczyło się tylko tutaj i teraz. Będę szczery. Nigdy nie czułem jeszcze czegoś takiego. Powtórzę to prawdopodobnie po raz kolejny, ale nie obchodzi mnie to. Miałem dużo partnerek seksualnych i żadna z nich nie dawała mi takiej przyjemności  jak Lucy i nie chodzi mi tylko o przyjemność seksualną. Każdy oddany pocałunek na jej ustach, każdy jej dotyk wywoływał we mnie coś, czego nie potrafię opisać. Wiem tylko jedno. Jeszcze nigdy się tak nie czułem. Przy żadnej dziewczynie i naprawdę nie wiem, skąd to się we mnie bierze.
  Nawet podczas tego, kiedy się całowaliśmy Lucy, ani na chwilę nie przestała się na mnie poruszać, jednak z trochę mniejszą intensywnością. Dopiero, gdy oderwaliśmy się od siebie ustami, zacząłem szybciej poruszać jej biodrami na sobie, sprawiając sobie tym samym większą przyjemność. Nie myślcie, jednak, że jestem egoistą. Odwdzięczę się jej za to, gdy tylko nadarzy się do tego okazja i już nawet wiem w jaki sposób, którego chyba nie muszę tłumaczyć, bo w końcu chyba każdy zna sposób "czarodziejskie palce".
  - Cholera, Lucy...  szybciej... ja już.. kurwa...prawie dochodzę. - wyjęczałem, zamykając oczy i odchylając głowę mocno do tyłu.
   Tak jak ją o to prosiłem, Lucy przyspieszyła swoje ruchy na tyle ile mogła, jednak teraz jej tempo było dla mnie niewystarczające. Potrzebowałem więcej, mocniej, szybciej. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej osiągnąć ten stan, zważając na fakt, że miejsce w którym zaparkowałem znajduje się co prawda dalej od domów gdzie mieszkają ludzie, ale jednak każdy mógł tędy przejść i zobaczyć nas w dosyć intymnej sytuacji.
   Będąc na skraju do orgazmu, mocniej objąłem dłońmi jej biodra poruszając nimi w górę i w dół tak szybko jak tego potrzebowałem co chwilę wydając z siebie głośne jęki, które na pewno słychać było na zewnątrz. Po kilku ostatnich uderzeniach poczułem jak ciepła sperma wypływa ze mnie i opływa moje bokserki. Całkiem zapomniałem o tym, że jestem w pełni ubrany i zanim przystąpię do jakiejkolwiek czynności seksualnej powinienem najpierw pozbyć się dołu moich ubrań jak i również powinienem zjechać w jakieś bezludne miejsce, żeby nikt nas nie zobaczył ani nie usłyszał. Nawet nie chcę wiedzieć co pomyśleli sobie ludzie, którzy byli blisko mojego samochodu i słyszeli dźwięki z niego dochodzące, i nawet nie chcę sobie wyobrażać, że ktoś mógł koło nas przejść i to wszystko widzieć. A jeśli za krzakami czaił się jakiś paparazzi z kamerą, to wolę nie czytać jutrzejszych gazet, bo z z pewnością znalazł sobie ciekawy materiał, którego zawaha się użyć.
  - Byłaś niesamowita, dziękuję. - powiedziałem, kiedy Lucy wróciła już na swoje miejsce, a mój oddech nieco się już unormował. Widziałem, że była odrobinę speszona całą sytuacją, ponieważ nerwowo bawiła się koniuszkiem czerwonego swetra, który miała na sobie, chociaż jeszcze chwilę temu sama weszła mi na kolana i zaczęła robić mi dobrze. Zachowanie kobiety jest naprawdę trudno zrozumieć.
  - To było takie małe podziękowanie za to, że zgodziłeś się pomóc mi z matmą. - odparła, podnosząc głowę i uśmiechając się do mnie.
  - Cóż, więc jeśli w taki sposób masz mi za każdym razem dziękować, to chyba będę ci częściej w czymś pomagał. - zaśmiałem się, puszczając w jej stronę oczko. Lepkość w moich bokserkach znacząco mi przeszkadzała, a zazwyczaj nie wożę zapasowej pary w bagażniku, dlatego zmuszony byłem zdjąć je i pozostać w samych spodniach, które na całe szczęście nie przeciekły moją spermą. Podczas całej tej czynności, którą wykonywałem Lucy wpatrywała się w widoki za oknem udając niezwykle zainteresowaną otaczającą ją przyrodą, ale ja i tak wiedziałem, że z chęcią odwróciłaby wzrok i popatrzyła na prawdziwy dar natury, gdyby miała trochę więcej śmiałości.
   Po kilku minutach zaparkowałem Lexusa na prywatnym, strzeżonym parkingu (wolałem mieć pewność, że mój samochód jest bezpieczny i nikt nie zachce go zarysować ani ukraść), a potem razem z Lucy ruszyliśmy w kierunku kawiarni "Moona Caffe" oddalonej, zaledwie kilka kroków od parkingu. Otworzyłem szklane, wejściowe drzwi, na co dzwoneczki zawieszone nad nimi, rozbrzmiały się po niewielkim pomieszczeniu. Przy drewnianych, eleganckich stolikach siedziało już kilka lub też kilkanaście osób, jednak na szczęście nikt nie zwrócił na nas zbytniej uwagi. Jedynie starsza, bardzo szykownie ubrana pani podniosła wysoko brwi znad kubka swojej kawy, obrzucając nas badawczym spojrzeniem.
  - Czego chcesz się napić? - zwróciłem się do Lucy i kątem oka zerknąłem na tabliczkę z rozpisanymi, podawanymi tu wszelkiego rodzaju napojami.
  - Wystarczy mi zwykłe Latte. - uśmiechnęła się, podając mi dziesięciofuntowy banknot.
  - Chyba sobie żartujesz. - oburzyłem się, odsuwając od siebie rękę Lucy, z wyciągniętymi pieniędzmi w moją stronę. - To ja cię tutaj zaprosiłem, więc to ja płacę.
  - Ale, Louis, ja...
  - Nie i koniec. Schowaj te pieniądze. - zażądałem stanowczo, po czym zwróciłem się do młodej sprzedawczyni, zamawiając Latte dla Lucy i małe Americano dla siebie. Na jej brązowym fartuszku widniała plakietka z jej imieniem, stąd dowiedziałem się, że ma na imię Courtney. Przy składaniu mojego zamówienia, ewidentnie ze mną flirtowała puszczając mi oczko i uśmiechając się do mnie przy każdym swoim, wypowiedzianym zdaniu. Odwzajemniłem jeden z tych uśmiechów, dyskretnie skanując ją wzrokiem. Była bardzo młoda, miała może z góra 22 lata, a do tego ładna. Ciemne włosy, niebieskie oczy, grube czarne rzęsy, którymi trzepotała zachęcająco. Być może, gdyby nie było przy mnie teraz Lucy poflirtowałam bym z nią trochę, a potem przeleciał gdzieś na zapleczu, jednak stała ona nadal obok mnie, dlatego starałem hamować swoją dziką stronę osobowości.
  - Przyniosę państwu zamówienie do stolika. - zwróciła się do nas Courtney, obrzucając Lucy wzrokiem pełnym wyższości, a do mnie uśmiechając się po raz kolejny.
  - Dobrze Court. - odpowiedziałem biorąc Lucy za rękę z zamiarem udania się do najbliższego, wolnego stolika. Lucy zabrała jednak swoja rękę wyprzedzając mnie i siadając przy stoliku położonym w najdalszym kącie kawiarni, niedaleko starszej pani, która na samym początku, dziwnie się na nas patrzyła albo przynajmniej ja, odnosiłem takie wrażenie.
  - Co jest? - spytałem siadając naprzeciwko niej, na bardzo ładnym, szarym fotelu obitym skórą.
  - Nic. Kompletnie nic, oprócz faktu, że musiałeś nawet w mojej obecności flirtować z tą dziunią, kiedy stałam tuż obok ciebie.
  - Jesteś zazdrosna?
  - Nie jesteśmy razem, więc nie mam o co, ale uświadamiam ci tylko, że twoje zachowanie względem mnie, było niewłaściwe. - oświadczyła z powagą, patrząc na mnie mrożącym wzrokiem. Nawet z daleka widać było, że jest zazdrosna o Courtney, co przyznam, nawet mi schlebiało.
  - Okej, w porządku. Zapomnijmy o tym.
   Wbiłem wzrok w drewniany stolik, próbując uciec od rozmowy na ten temat i nie drążyć go więcej. Faktycznie może trochę za bardzo zacząłem, ślinić się na widok tej sprzedawczyni, ale nie moją winą jest, to, że mam słabość do ładnych kobiet. Niestety Lucy nie zamierzała tak łatwo odpuścić i po jej minie widziałem, że już szykuje się do jakiegoś ciętego słowotoku na mój temat. Na ratunek przyszła mi Courtney z dwoma kubkami kawy. Podała Lucy kubek z Latte z wygrawerowanym logo "Moona Caffe", a później podała również kawę zamawianą dla mnie z tym samym logo, pochylając się trochę za blisko w moją stronę przez co widać jej było sporą część biustu. Ten gest nie umknął jednak uwadze Lucy. Zacisnęła szczękę i posłała Courtney mordercze spojrzenie. Przysięgam, że gdyby wzrok mógł zbijać, to Courtney leżała by teraz na ziemi, martwa.
  - Może już pani odejść. - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Złość prawie parowała jej już uszami.
  - Tak, dziękujemy za przyniesienie naszego zamówienia. - dodałem przybierając jak najbardziej oficjalny ton, taki jaki zazwyczaj przybieram przy udzielaniu wywiadów.
   Kiedy odchodziła zobaczyłem, że pod kubkiem została wciśnięta mała, żółta karteczka. Nie widziałem jej w całości, ale zdążyłem zauważyć dwie cyfry kończące najprawdopodobniej numer telefonu Court. Nie chciałem jednak wchodzić z ta dziewczyną w bliższe relacje, dlatego dyskretnie podarłem ją i wyrzuciłem do śmietnika skupiając wzrok na Lucy, która zaczęła, wolno popijać swoją kawę.
  - W zasadzie zaprosiłem cię tu, bo chciałem z tobą o czymś porozmawiać, a może raczej zapytać. - zacząłem powoli. Bardzo zależało mi na tym, żeby Lucy zgodziła się na to, co jej za chwile zaproponuję, a nie byłem pewien jej reakcji. Równie dobrze mogłaby mi odmówić, a ja wyszedłbym żałośnie. Nigdy nie musiałem się tym martwić, ponieważ żadna dziewczyna jeszcze nigdy niczego mi nie odmówiła, jednak nie mam do czynienia z byle jaką dziewczyną, a z Lucy Swan, która w zupełności nie jest taka jak inne.
  - Mów.
  - Ale nie patrz już tak na mnie, bo mam wrażenie jakbyś chciała mnie zabić. - zaśmiałem się nerwowo, próbując, rozładować między nami napięcie.
  Lucy westchnęła ciężko, posyłając mi tym razem zmęczone, a może znudzone spojrzenie. Kącik jej ust ubrudzony był pianką od kawy, co dało mi świetny pretekst do zrobienia gestu zupełnie takiego jak w każdych romantycznych filmach, za którymi nie przepadam.
  Podniosłem się ze swojego miejsca i niemal położyłem się brzuchem na stoliku, po to, by jak się sami zresztą chyba domyślacie zetrzeć z kącika ust Lucy pianę od kawy, a następnie złożyć na jej ustach krótki pocałunek. Ten prosty, lecz romantyczny gest, sprawił, że na jej twarzy znów, pojawił się uśmiech, a do tego urocze dołeczki przy ich kącikach. Uwielbiam, kiedy uśmiecha się w taki sposób.
  - No dobrze, mogę teraz powiedzieć, że twoje grzechy zostały ci wybaczone - roześmiała się. - A teraz powiedz mi to, o czym miałeś mi powiedzieć.
   Z jej twarzy wciąż nie znikał uśmiech, co dodało mi śmiałości i nadziei na to, że nie odrzuci mojej propozycji, natomiast starsza pani siedząca obok nas spojrzała na mnie z ukosa i pokręciła głową z dezaprobatą, zabierając się za czytanie gazety.
  - Cóż, jak sama doskonale o tym wiesz powoli zbliżają się ferie zimowe. Tak więc ja, Justin i Liam chcemy,
jak co roku wyjechać do Austrii, w Alpy na narty. Pomyślałem, że może chciałabyś pojechać z nami. - ostrożnie podniosłem wzrok na Lucy obserwując jej reakcję. Niestety jej mimika twarzy nie wyrażała kompletnie nic, przez co nie miałem pojęcia co jej teraz chodzi po głowie, gdy usłyszała moją propozycję.
  - Nie wiem, czy...
  - Kate i Lily też jadą. - wtrąciłem szybko. - To znaczy chyba jadą. Liam i Justin też mieli im to zaproponować przy najbliższym spotkaniu, ale myślę, że się zgodzą.
  - Lou, tu nie chodzi o to, czy dziewczyny jadą czy nie. Chodzi o coś innego. - to drugie zdanie wypowiedziała cicho, ze zwieszoną głową.
  - Czyli? - zapytałem wolno.
  - Czyli o pieniądze. Jedziecie pewnie do jakiegoś, pięciogwiazdkowego hotelu, a mnie na to zwyczajnie nie stać. Moja mama nie zarabia źle, starcza nam na jedzenie, ubrania albo jakieś inne tego typu rzeczy, ale na pewno nie stać jej będzie na taki hotel. Nawet nie wiem czy miałaby to kilkaset funtów na przelot najwyższą jak się spodziewam klasą. - westchnęła, zatapiając usta w kawie.
  - Nie przejmuj się tym. Kasa to akurat najmniejsze zmartwienie. Ja za wszystko zapłacę. - zaoferowałem się dumnie wypinając pierś. W zasadzie to spodziewałem się, tego, że Lucy może nie mieć, aż tyle pieniędzy, jednak dla mnie nie stanowi żadnego problemu, zapłacenie również za nią. Jestem wyceniany na ponad 60 milionów euro, więc pieniędzy mi nie brakuje, dlatego płatność za pobyt dla dwóch osób w Austrii na tydzień nawet w najbardziej ekskluzywnym hotelu nie jest dla mnie przeszkodą.
  - Nie, Louis. - pokręciła przecząco głową. - Możesz zapłacić za moją kawę, ale nie za ferie zimowe. Nie mogę naciągać cię na tak wysokie koszty.
  - Proszę cię, przestań. Już ci mówiłem, że dla mnie to nie jest żaden problem.
  - Nie mogę.
  - Dlaczego? - wstałem ze swojego miejsca, opierając ręce na stoliku i zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich, znajdujących się obecnie w kawiarni. Lucy omiotła niespokojnie wzrokiem pomieszczenie, przełykając głośno ślinę.
  - Proszę usiądź. Za oknem i tak już ktoś robi nam zdjęcia, a raczej tobie, bo to ty jesteś widoczniejszy dla obiektywu. - powiedziała niemal szeptem.
  - Nie obchodzi mnie to. - rzuciłem nieco gniewnie, jednak usiadłem na swoje miejsce, spełniając prośbę Lucy.
  - Ciekawe od kiedy. - mruknęła.
  - Wiem, że kiedyś sam powiedziałem ci, że wole, nie być widywany razem z tobą, przez te głupie plotki na nasz temat i to wszystko co się wokół nas działo, ale teraz jest inaczej. Zmieniłem zdanie. - westchnąłem, biorąc Lucy za jej drobną dłoń. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wyrwała jej, ale też nie wykonała żadnego ruchu czy gestu pokazującego, że wcale nie jest na mnie w tym momencie zła.
  - Zmieniłeś zdanie? - powtórzyła. - I do jakiego doszedłeś wniosku?
  - Że nie obchodzą mnie już media. A przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim obchodziły mnie wcześniej. Polubiłem cię i lubię się z tobą spotykać... no i robić te mniej grzeczne rzeczy, takie jak niedawno, w moim nowym, samochodzie.
   Oboje zaśmialiśmy się jednocześnie, a Lucy pokręciła głową mierzwiąc mi dłonią włosy. Z reguły nie lubię, kiedy ktokolwiek dotyka moich włosów, a już zwłaszcza kiedy je mierzwi dłonią, ale dla jednej, pięknej dziewczyny chyba mogę zrobić mały wyjątek.
   Przez kilkanaście kolejnych minut rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach, które przyszły nam do głowy, co chwile się z tego śmiejąc. Między innymi, opowiedziałem Lucy moją historię, kiedy byłem małym chłopcem i pojechałem z rodzicami i siostrą nad morze, a gdy szliśmy na plażę do mojej nogi, przyczepił się krab, który niestety, nie chciał mnie puścić. Przez następną godzinę tata próbował odczepić kraba od mojej nogi, a moja siostra śmiała się ze mnie, budując babki z piasku. Nie wracaliśmy do tematu ferii zimowych przez całą, naszą dalszą rozmowę, jednak postanowiłem rozpocząć go po raz drugi, kiedy opuściliśmy już kawiarnię i szliśmy wydeptaną w śniegu, ścieżką na parking, gdzie zostawiłem swoje auto.
  - Zależy mi na tym, żebyś jednak ze mną tam pojechała.
  - A dlaczego ci tak bardzo zależy?
  - Bo cię lubię. - odparłem odwracając głowę w drugą stronę.
  - Ja ciebie też, ale nie mogę, nigdzie jechać na twój koszt.
  - Dlaczego? - tym razem to ja, zadałem to pytanie.
  - Już ci to mówiłam. Nie mogę naciągać cię na tak wysokie koszty, a poza tym, ja nawet nie umiem, jeździć na nartach. Jeździłam może z góra, dwa razy dawno temu, razem z moim tatą, kiedy jeszcze żył i Danielle i za każdym razem wpadałam w zaspę śnieżną.
  - To również nie jest dla mnie żaden problem. Nauczyłbym cię jeździć.
  - Nie, Louis. - pokręciła przecząco głową.
   Westchnąłem ciężko, otwierając przed Lucy drzwi, od strony pasażera, a następnie okrążając samochód i wsiadając na swoje miejsce. Byłem szczerze zawiedziony jej kilkakrotną odmową i jednocześnie przerażony tym, że prawdopodobnie będę musiał, spędzić tydzień w pobliżu Kate, jeśli zgodzi się na ofertę, zaproponowaną przez Justina. Za każdym razem, kiedy o niej myślę, zastanawiam się jakim cudem Lucy przyjaźni się z tą pyskatą, złośliwą dziewczyną, kiedy sama jest taka dobra i ułożona.
  - W takim razie, chociaż obiecaj mi, że się nad tym zastanowisz. - spróbowałem swojej ostatniej deski ratunku. Wiedziałem, że to nie daje mi zbyt wielkiej szansy na to, że Lucy jednak zmieni swoje zdanie, ale przynajmniej to było już coś.
  - W porządku, obiecuję. - uśmiechnęła się łagodnie w moją stronę, a później pocałowała mnie w policzek.
   Następnie wyjechaliśmy z parkingu, a mój nowiutki, biały Lexus jechał zaśnieżonymi ulicami w kierunku domu Lucy. Po odwiezieniu jej pod dom, miałem jechać prosto do siebie, a następnie wsiąść w klubowy bus i jechać do Liverpoolu zagrać mecz, na który już od tygodni się szykowałem, jednak teraz wizja tego meczu nie sprawiała mi już takiej samej radości jak wcześniej. Nie teraz, gdy wiedziałem, że moja Lucy nie może ze mną pojechać.

                                                                           ***
  No to mamy już rozdział 16! Mamy nadzieje, że wam się podobał :) czytasz = komentujesz
Postaramy się, aby rozdziały były dodawane co 2-3 tygodnie. 
   A teraz pora na przyjemniejszą informację lub raczej pytanie. Po tym opowiadaniu, chcemy zacząć pisać nowe pod tytułem "Half of Year". Oto małe streszczenie:
  Nikt nie miał bardziej luksusowego i piękniejszego życia od niej. Candice Thompson jest córką znanej na całym świecie projektantki mody - Riley Thompson. Jest niezwykle pewna siebie i oczywiście pierwsze miejsce w rankingu najpopularniejszej osoby w szkole zajmuje właśnie ona. Wszytko co dobre zawsze się kiedyś, jednak kończy. Do jej szkoły dochodzi nowy uczeń - Louis Tomlinson, który bardzo szybko staje się równie popularny jak i ona. To nie podoba się 17- nastoletniej Candice, która od razu staje do walki z Louisem, żeby bronić swojego tytułu. Nastolatkowie nienawidzą się tak bardzo, że są gotowi posunąć się wobec siebie, nawet do najpodlejszych rzeczy. Jednym słowem są dla siebie najgorszymi wrogami, a znoszenie wzajemnie swojej obecności, traktują jak zło konieczne. Szybko okazuje się, że muszą nauczyć się ze sobą żyć, ponieważ oboje wyjeżdżają do słonecznej Hiszpanii na wymianę międzyszkolną trwającą pół roku. Zostają przydzieleni do jednego domu, muszą mieszkać w pokojach, oddzielonych od siebie tylko ścianą. Być może będzie to dla nich najgorsze pół roku w ich życiu, a być może będzie to dla nich czas na pojednanie się ze sobą i nie tylko...
  Główną bohaterką tego fanfiction, będzie tym razem Sasha Pieterse - aktorka, która zasłynęła z roli Alison DiLauerentis w "Pretty Little Liars". Dajcie znać co o tym myślicie i czy podoba się wam opis fabuły. Dodatkowo zastanawiamy się również, nad założeniem aska naszym głównym bohaterom "Love you, Goodbye", dzięki czemu moglibyście się o nich trochę więcej dowiedzieć i zrozumieć ich postępowanie. Oczywiście musiałybyście, nam w tym przedsięwzięciu pomóc, dlatego prosimy Was o opinie, a potencjalnie zainteresowanych prowadzeniem konta któremuś z bohaterów prosimy o kontakt na naszego maila: gazialucka22@gmail.com 
Ps: Jeśli ktoś jest zainteresowany prowadzeniem aska, dostępne są wszystkie postacie oprócz Lucy, Louisa i Kate :)
/G i L xx