sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział 23

*Lucy*
   Śniadanie w hotelu serwowane było tylko do godziny 11, więc z tego względu razem z Louisem musieliśmy wstać wcześniej niż tego chcieliśmy. Równo o 10, opuściliśmy nasz pokój i zeszliśmy na dół, gdzie siedzieli już Liam i Lily. Dosiedliśmy się do ich stolika i przywitaliśmy się ze sobą, jeszcze nieco zmęczeni i niewyspani.
  - Obsługuje tu jakiś kelner? - zapytałam wychylając się ze swojego miejsca i szukając wzrokiem mężczyzny w czarnym fartuszku.
  - Nie, Lucy. - zaśmiał się Louis. - Musisz sama nałożyć sobie jedzenie, kelner obsługuje tylko podczas obiadu, ale dzisiaj ja mogę być twoim kelnerem jeśli chcesz.
  - Chętnie, dziękuje. - uśmiechnęłam się do Louisa.
  - Co chcesz, żeby ci nałożyć? - spytał, gdy podnosił się już ze swojego miejsca, żeby udać się w kierunku trzech ogromnych stołów z wyłożonymi na nich najróżniejszymi specjałami, które dopiero teraz zauważyłam.
  - Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Wybierz mi coś, tylko nie za dużo.
   Louis pokiwał głową i ruszył w kierunku stołów, a ja rozparłam się wygodnie na krześle. Chwilę potem, podczas gdy Lou nakładał nam jedzenie na talerze do bufetu zeszli Justin i Kate trzymający się za ręce. Gdy podeszli do naszego stołu Justin odsunął krzesło Kate jak prawdziwy dżentelmen, a później ruszył w ślady Louisa zmierzając po jedzenie dla siebie i mojej przyjaciółki, czule ją wcześniej całując w pomalowane na czerwono usta.
  - Muszę przyznać, że Justin zachowuje się wyjątkowo męsko. - stwierdziła Lily patrząc za oddalającym się blondynem z wielkim podziwem i dumą.
  - W końcu jesteśmy parą. - odparła Kate nieznacznie się przy tym uśmiechając.
  - Parą?! - od razu odchyliłam się na swoim krześle z zaskoczenia. Wiedziałam, że Justin i Kate mają się ku sobie, ale nie pomyślałabym, że będą razem tak szybko.
  - Od kiedy jesteście razem? - zapytała Lily wychylając się zza ramienia Liama z zaciekawieniem.
  - No właśnie, dlaczego Justin mi nic nie powiedział? - dodał Liam również oczekując odpowiedzi na swoje pytanie.
  - Jesteśmy razem dopiero od wczoraj późnego wieczora, dlatego dowiadujecie się o tym teraz. -wytłumaczyła Kate. - Nie wiem tylko jak zareaguje na to Zayn, on nie pała sympatią do Justina. Kłóci się z nim za każdym razem gdy tylko go widzi.
  - Na pewno zrozumie, że Justin nie chce cię zranić. Twój brat to naprawdę spoko koleś. - Liam pogładził Kate po ramieniu uśmiechając się do niej pocieszająco.
  - Co to za nowa sensacja? - zainteresował się Louis, gdy tylko znów usiadł przy stole stawiając przed sobą i przede mną talarze wypełnione mnóstwem jedzenia mimo, że prosiłam go o tylko trochę.
  - Justin i Kate są razem. - zawiadomiłam go biorąc kromkę chleba z talerza.
  - Mówicie serio?
  - Tak, ja i Kate od tej pory oficjalnie jesteśmy parą. - uśmiechnął się Justin zasiadając na miejscu obok swojej dziewczyny i również rozkładając między nimi dwa talerze po brzegi wypełnione jedzeniem tyle, że Kate to odpowiadało. Zawsze uwielbiała dużo jeść z tą różnicą, że ona nigdy nie tyła od nadmiaru jedzenia.
  - No cóż...w takim razie gratuluję. - mruknął Louis pakując do ust rogalika z czekoladą.
   Spojrzałam na niego, ale on nie spojrzał na mnie. Miałam nadzieję, że wyczytam z jego twarzy jakieś odczucia, ale on skupiał się tylko i wyłącznie na tym, żeby zjeść. W pierwszej chwili myślałam, że to co powiedział Justin zrobi na nim jakieś wrażenie i da do zrozumienia, że być może on też powinien bardziej zaangażować się w to co nas łączy nadając temu jakieś imię, jednak jak to mówią nadzieja matką głupich. Chyba po raz pierwszy zazdrościłam Kate czegoś tak naprawdę (wyłączając jej niezwykle przystojnego brata, który przez długi czas był obiektem moich westchnień) i nie czułam się z tym dobrze.
   Przez resztę śniadania Kate i Justin opowiadali o swoim trwającym od kilku godzin związku, a ja wyobrażałam sobie jak wspaniale by było, gdybyśmy to ja i Louis byli na ich miejscu. Później Kate wspomniała o sesjach zdjęciowych, w których brała udział oraz o tym, że są duże szanse na to, że znajdzie się na okładce gazetki reklamowej Zary.
   Wtedy spojrzałam na swój talerz. Był już prawie pusty, choć jedzenie, które się na nim znajdowało przypominało kopiec dla zapaśnika. Louis nie dobrnął jeszcze nawet do połowy, a po jego minie było widać, że powoli ma już dosyć objadania się. W moich oczach zaczęły zbierać się łzy. To nie dziwne, że Louis nie chce ze mną być. Nie wyglądam tak jak Kate. Ona jest ładna, wysoka i szczupła, a do tego pewna siebie. Ideał kobiety, dlatego Justin tak szybko się nią zauroczył, a potem zakochał. A ja? Mogę jedynie marzyć o tym jak Louis angażuje się ze mną w związek. Tak samo jak mogę pomarzyć o figurze modelki, pewności siebie i sesjach zdjęciowych dla Zary.
   Wstałam więc pospiesznie od stołu zostawiając na talerzu dwa małe rogaliki, które jeszcze nie zostały przeze mnie skonsumowane i wyjęłam z kieszeni Louisa kluczyk do naszego pokoju.
  - Co się dzieje, dlaczego idziesz? - zapytał oderwany od rozmowy z chłopakami.
  - Trochę źle się czuje. Kręci mi się w głowie, chcę się iść położyć. - skłamałam. Louis niczego nie podejrzewając pokiwał głową i powiedział, że za chwilę do mnie przyjdzie, co dało mi kilka lub też kilkanaście minut wolnego czasu na zrealizowanie moich zamiarów, a właściwie to powrotu do dawnych przyzwyczajeń niekoniecznie tych dobrych, jeśli wiecie co mam na myśli.
   Szybko dotarłam na nasze piętro i trzęsącymi dłońmi otworzyłam pokój a następnie pobiegłam do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi na wypadek gdyby Louisowi zamarzyło się wrócić wcześniej i ze łzami w oczach włożyłam do swojego gardła dwa palce wywołując u siebie wymioty. Nienawidziłam wykonywać tej czynności. Za każdym razem budziła we mnie to samo obrzydzenie do samej siebie, ale jednocześnie sprawiała, że czułam się piękniejsza, dlatego to robiłam.
   Dzisiaj, po roku czasu od ostatnich wymiotów znów poczułam tą potrzebę i nie potrafiłam jej w sobie pohamować ani stłumić tego okropnego uczucia wyobrażenia siebie jako grubaski nie mieszczącej się nawet w rozmiar L. Gdy całe śniadanie, które w siebie dzisiaj wepchnęłam zostało przeze mnie zwrócone, wstałam nacisnęłam spłuczkę i spojrzałam w lustro. Uśmiechnęłam się do siebie z dumą i pomyślałam w głowie ,,Brawo Lucy teraz już nie masz w sobie tylu zbędnych kalorii, zrobiłaś to co należało", ale pojawił się też we mnie ten drugi głos, krytykujący mnie i mówiący do mnie ,, I co myślisz, że dzięki temu będziesz szczuplejsza? Nigdy nie będziesz wyglądała jak twoja przyjaciółka, zawsze będziesz tłustą świnką, a Louis nigdy nie będzie cię chciał. Gdyby o wszystkim się dowiedział brzydziłby się tobą tak jak ja".
   Potrząsnęłam głową próbując wyrzucić drugi głos z głowy i zabrałam się za mycie zębów. Po myciu zębów upewniłam się, że w łazience nie pozostawiłam żadnego śladu po tym co przed chwilą się tu wydarzyło, a później opuściłam ją i położyłam się na łóżku idealnie pościelonego przez pokojówkę podczas naszej nieobecności.
   Kilka minut później do pokoju wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Louis. Spojrzałam na niego niemrawo, gdy on właśnie zaczął zmierzać w moją stronę rzucając się obok mnie.
  - Jak się czujesz? - spytał przykładając dłoń do mojego czoła.
  - Nie martw się, nie mam gorączki. - mruknęłam odsuwając od siebie jego rękę.
  - Jesteś na mnie zła? Zrobiłem coś nie tak? - Louis zawisł nade mną ustawiając swoje ręce po obu stronach mojej głowy blokując mi tym jakikolwiek ruch. Jego uśmiech zastąpiło teraz zmartwienie na jego twarzy, którego nie lubiłam, dlatego uśmiechnęłam się mimowolnie zapewniając Lou, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
  - Świetnie, bo za chwilę wybieramy się na stok. - oświadczył całując mnie krótko w usta i schodząc z łóżka.
  - Nie wiem czy mam ochotę zjeżdżać dzisiaj na nartach. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
  - Dlaczego nie? - Louis odwrócił się w moją stronę i znów usiadł na łóżku.
  - Po prostu. Nawet nie pamiętam jak się na nich jeździ, a poza tym nie mam ochoty na to, żeby ktoś robił mi zdjęcia jak się potykam nieudolnie próbując wrócić do dawnej formy.
  - Nikt nie będzie robił ci zdjęć. Na stoku nie ma paparazzi, a przynajmniej nie powinno ich być.
  - Oni są wszędzie Louis. Teraz wystarczy wpisać w internecie moje nazwisko a wyskoczy ci stek moich zdjęć robionych z zaskoczenia i to na dodatek niekoniecznie ładnych.
   Louis westchnął ciężko i położył rękę na mojej.
  - Wiem, że tego nie lubisz, ale nie mam na to wpływu. Oni zawsze nas znajdą, nawet w innym kraju.
  - Naprawdę umiesz pocieszać. - mruknęłam z sarkazmem.
*Louis*
   Wszyscy chyba wiedzą, że słaby ze mnie pocieszyciel, ale nic na to nie poradzę. Znam się tylko na piłce i ewentualnie potrafię coś ugotować. Bardzo chciałem, jednak namówić Lucy, żeby poszła na stok, bo w końcu po to tu przyjechaliśmy,więc postanowiłem użyć bardziej brutalnych metod wobec niej.
   Bez pytania ściągnąłem ją z łóżka przerzucając sobie jej lekkie ciało przez plecy i mimo jej krzyków i pisków żądających, żebym ją puścił udałem się z nią do holu, gdzie usadziłem ją na niewielkiej komodzie.
  - Dlaczego ściągasz mnie z łóżka bez mojego pozwolenia?! - zapytała rozwścieczona. - I na dodatek niesiesz jak worek kartofli.
  - Taka była moja wola. - oświadczyłem ze spokojem sięgając po kurtkę Lucy i zaczynając ją w nią ubierać.
  - Ale moja wola jest inna. A poza tym sama umiem się ubrać. - warknęła na mnie, jednak nadal siedziała na miejscu, w którym ją usadziłem pozwalając mi na kontynuowanie jej ubierania.
  - W walizce mam płaskie kozaki, wyjmij je z niej. - powiedziała, gdy zapiąłem jej kurtkę pod szyję i założyłem szalik i czapkę.
   Chwilę potem oboje byliśmy ciepło ubrani i gotowi do wyjścia. Zeszliśmy na dół, gdzie Lily, Liam, Justin i Kate już na nas czekali i wspólnie ruszyliśmy na stok pieszo.
  - Bolą mnie już nogi, mówiłeś, że to blisko. - zaczęła narzekać Lucy wlokąc się za mną gdzieś z tyłu.
  - Bo to jest blisko. - odparłem. - Za pięć minut będziemy na miejscu.
  - Zanieś mnie tam. - zażądała stając na środku zaśnieżonego chodnika.
  - Ale Lucy, ja...
  - Przecież to tylko pięć minut.
  - No dobrze.- zgodziłem się.
   Tak więc przez resztę drogi niosłem moją zmęczoną Lucy na plecach, a ona jedynie co chwilę mnie pospieszała mówiąc, że idziemy jako ostatni. Raz pozwoliłem sobie zauważyć, że nie szlibyśmy jako ostatni gdyby nie siedziała mi na plecach, jednak szybko umilkłem, gdy zagroziła mi, że będę za karę spać dzisiaj na kanapie.
   Na stok dotarliśmy dopiero po piętnastu minutach niż po pięciu jakie były wcześniej planowane, jednak kolejka na wyciąg oraz do wypożyczalni nart była niewielka dlatego zbytnio nad tym nie ubolewałem. Podczas zakładania nart zza drewnianej budki wychyliło się kilku paparazzich, co wywołało natychmiastową złość u Lucy, ale szybko udało mi się ją uspokoić mówiąc, że za chwilę sobie pójdą, ponieważ nie dostaną się na górkę z której będziemy zjeżdżać.
   Na początku musiałem uczyć Lucy jak powinna zjeżdżać, ale szybko nabrała w to wprawy i już za trzecim razem zjeżdżała bez mojej pomocy. Kilka razy uniknęła wpadnięcia w zaspę śnieżną, ale poza tym szło jej naprawdę dobrze. Po godzinie zjeżdżania z prostej trasy przeszliśmy na najtrudniejszą co było dla mnie dużo ciekawsze, bo wreszcie mogłem wykazać się swoimi umiejętnościami, których i tak nikt nie podziwiał oprócz dwóch fotografów czyhających gdzieś na dole.
   Raz minąłem się z Liamem, któremu dane było zjeżdżać samemu bez obecności Lily, którą zostawił na małej górce z Kate, ale szybko zniknął z zasięgu mojego wzroku, a ja musiałem zbierać Lucy z ziemi, ponieważ górka okazała się dla niej za trudna i potknęła się o leżącą na śniegu grubą gałąź, którą jej zdaniem ktoś specjalnie podrzucił na jej tor zjazdu.
  - Powinniśmy się już zbierać za chwilę zrobi się ciemno. - powiedziałem, gdy po raz ostatni zjechałem razem z Lucy z górki asekurując ją przed kolejnym niechcianym upadkiem.
  - A Lily i Kate? - zapytała poprawiając swoje narty.
  - Zeszły już ze stoku godzinę temu. Justin chyba też, musimy poszukać tylko Liama.
  - W porządku. - pokiwała głową, a potem oboje udaliśmy się w kierunku zejścia ze stoku narciarskiego.
*Lucy*
   Wreszcie odnaleźliśmy Liama, który bezradnie chodził wzdłuż stoku poszukując swoich przyjaciół. Na nasz widok bardzo się ucieszył i wspólnie odnaleźliśmy kolejne trzy zguby.
   Niebo zaczęło zachodzić różnobarwnymi chmurami zapowiadając nadchodzącą ciemność, jednak wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że godzina jest jeszcze dla nas wczesna, więc postanowiliśmy udać się do pobliskiego klubu, który właśnie był otwierany. Oczywiście zostaliśmy do niego wpuszczeni od razu, bez kolejki i zbędnych pytań. Muskularnemu ochroniarzowi za dowód osobisty wystarczył fakt, że do klubu wchodzi trzech piłkarzy co było gwarancją dużej liczby gości.
   Klub prezentował się bardzo elegancko. Niewątpliwie przychodzili tu sami bogaci ludzie. Na ścianach były porozwieszane neonowe tabliczki, a wielkie kanapy ze lśniącej skóry mogły spokojnie pomieścić dziesięć osób. Barek przyciągał wzrok kolorowymi alkoholami rozstawionymi na mnóstwie szklanych półek przez co od razu zachciało mi się wypić jakiegoś drinka.
  - Czego się państwo napiją? - zapytał uprzejmie barman stojący za barkiem i czyszczący kryształowe kieliszki do szampana.
  - Ja tequile. - poprosił Justin.
  - To ja też. - powiedział Louis.
  - Jak wszyscy to wszyscy. - dodał Liam wygodnie rozsiadając się na jednej z wielkich kanap.
  - Więc dla panów trzy razy tequila? - podsumował inteligentnie, a kiedy nasi chłopcy dżentelmeni pokiwali głowami zwrócił się do mnie i do dziewczyn.
  -  A dla pięknych pań?
  - A co pan proponuje? - zapytała Kate siadając na barowym stołku naprzeciwko mężczyzny, który w świetle neonów wydawał się dosyć przystojny. Nie był Austriakiem co wywnioskowałam po jego akcencie i specyficznej urodzie.
  - To zależy od tego jakie alkohole panie preferują.
  - Może przejdźmy na ,,ty". Wydaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku. - zaoferowała Kate uśmiechając się czarująco do barmana.
  Mężczyzna z chęcią się na to zgodził i wszystkie trzy przedstawiłyśmy mu się, a potem zasiadłyśmy obok siebie przed barkiem nawiązując z nim rozmowę, podczas kiedy panowie, z którymi przyszłyśmy pochłonięci byli własną rozmową. Okazało się, że barman ma na imię Dominico. Powiedział nam również, że jego rodzina pochodzi z Hiszpanii, a on przyjechał tu na stałe dla swojej narzeczonej, z którą zamierza wziąć ślub na wiosnę. Był bardzo miły, zagadałyśmy się z nim do tego stopnia, że nawet nie spostrzegłyśmy ile gości znajduje się już w klubie.
  - Może powinnyśmy iść do chłopaków, widzę jak kilka lasek przez cały czas się na nich gapi. - zaoferowała Lily spoglądając co chwilę nerwowo na Liama.
  - Nie przesadzaj, oni są zapatrzeni w swoją tequilę. - odpowiedziałam jej biorąc kolejny łyk Margarity zrobionej przez Dominico.
  - Wypij więcej, może się bardziej wyluzujesz. - dodała Kate znad swojego kieliszka. Piła już trzecią kolorową whiskey i jak do tek pory była chyba już najbardziej wyluzowana z nas trzech.
  - Wszystkie trzy z nimi chodzicie? - zapytał Dominico przygotowując kolejne drinki dla przybywających z każdą minutą gości i zerkając na chłopaków.
  - Nie, tylko Kate chodzi z Justinem. To znaczy z Justinem Bieberem. - odpowiedziałam za przyjaciółkę szukającą swojego telefonu po całej torebce.
  - A ty przyjaźnisz się z...
 - Z Louisem Tomlinsonem o ile naszą relację można nazwać tylko przyjaźnią. - westchnęłam.
  - Nie lubisz tego? - zapytał.
  - Czego?
  - Tego, że nie jesteście razem, a wasza relacja przypomina falę wielkich zawirowań.
  - Skąd wiesz?
  - Nie wiem, tylko się pytam. - wzruszył ramionami Dominico, odchodząc od butelek z alkoholami i zaczynając czyścić brudne kieliszki.
  - Zayn, ale ja wcale się nie upiłam, a poza tym to jestem już dorosła. - Kate odszukała swój telefon i teraz trzymała go przy uchu próbując przekrzyczeć tłum. Z tego co słyszałam rozmawiała ze swoim starszym bratem, który nawet z odległości kilku tysięcy kilometrów musiał ją kontrolować.
  - Muszę na chwilę wyjść, zaraz wrócę. - zwróciła się do mnie i do Lily, a po chwili wybiegła z klubu dziko po drodze gestykulując.
  - Komu tak zawzięcie się tłumaczyła? - Dominico postawił wyczyszczone szklanki gdzieś z boku i teraz skupił całą swoją uwagę na mnie i na Lily.
  - Swojemu starszemu bratu. Traktuje ją jak swoją przyszywaną córkę. - wytłumaczyłam.
  - Dobrze mieć takie troskliwe starsze rodzeństwo. Ja wychowywałem się razem z moimi dwoma starszymi siostrami i zawsze miałem w nich oparcie. To dobra rzecz.
  - Też mam starszą siostrę, ale... - nie zdążyłam dokończyć zdania, ponieważ mój wzrok przykuła męska postać idąca w stronę mniejszego pokoju ze striptizem, która do złudzenia przypominała mi Louisa. Wiedziałam, że coś mogło mi się pomylić, ponieważ wypiłam już trochę alkoholu, ale puste miejsce obok Liama, na którym Lou nie tak dawno siedział dało mi pozwolenie do podejrzeń, dlatego musiałam to sprawdzić.
  Zaniepokojona przeprosiłam Dominico i zerwałam się ze swojego stołka idąc w tłum kłębiących się ludzi.
  - Hej, Lucy gdzie idziesz?! - krzyknęła za mną Lily, ale nie miałam wtedy czasu na odpowiedzi. Machnęłam tylko na nią ręką i szłam dalej próbując dostać się jak najszybciej do wejścia pokoju ze striptizem.
   Serce biło mi jak oszalałe. Chciałam myśleć, że coś mi się pomyliło i mężczyzna, który właśnie tam wchodził nie był Louisem, a Louis poszedł tylko do toalety, jednak byłam zbyt pewna, że to był on, żeby dawać sobie złudne nadzieje. Gdy nareszcie dotarłam pod czarne drzwi z plakatem striptizerki tańczącej na rurze zatrzymało mnie dwóch ochroniarzy.
  - To oddzielny klub, tu nie ma wstępu. - odezwał się jeden z nich gburowatym głosem.
  - Ale ja muszę tam wejść. - powiedziałam stanowczo tupiąc nogą jakby to miało przynieść mi jakieś korzyści.
  - Przykro mi panienko, ale tu nie wejdziesz. Tu wchodzą tylko mężczyźni.
  - Ale tam jest mój mężczyzna i muszę go stąd zabrać jak najszybciej, zrozumcie mnie. - dalej szłam w zaparte mając nadzieję, że może tym razem uda mi się wzbudzić w ochroniarzach współczucie, ale nic z tego.Byli totalnie nieugięci, a mi brakowało pomysłów jak ich namówić na to, żeby pozwolili mi wejść do tego przeklętego miejsca dla nie szanujących się kobiet.
  - Dobra, w takim razie pogadamy sobie inaczej. - warknęłam, postanawiając sięgnąć do radykalnych metod.
   Otworzyłam moją torebkę, wygrzebałam z niej portfel i wyjęłam z niego sto euro podając je gburowatemu ochroniarzowi. Ten na widok pieniędzy od razu się uśmiechnął i otworzył mi drzwi.
  - Proszę bardzo, życzę powodzenia w szukaniu chłopaka.
  - Dziękuje. - odparłam wściekła, a moja wściekłość przemieniła się ponownie w niepokój, gdy tylko znalazłam się w środku tego obrzydliwego miejsca.
   Na środku tańczyły dwie striptizerki obie ubrane w bardzo skąpą, wyzywającą bieliznę i wysokie czerwone szpilki. Jedna była młoda, myślę, że w moim wieku, miała lśniące czarne włosy i ciemny makijaż na twarzy. Zastanawiałam się dlaczego to robi. Nie mogła znaleźć sobie normalnej pracy,w której nie musiałaby rozbierać się przed bandą napalonych facetów? To naprawdę odrażające.
   Mimo obrzydzenia szłam dalej. Ominęłam jedną z kanap, na której siedziało kilku mężczyzn ubranych w garnitury, a w końcu stanęłam nieruchomo wgapiając się w jeden punkt przede mną.
   Miałam ochotę krzyczeć i płakać jednocześnie. Przede mną przy jednej ze striptizerek stał Louis, wkładając jej do stringów cienki plik banknotów. Teraz byłam tego całkowicie pewna. Stałam nieruchomo dopóki Louis nie odwrócił się i nie spojrzał na mnie. Otworzył szeroko oczy i szybko podbiegł w moją stronę zostawiając dziewczynę.
  - Lucy, co ty tu robisz, przecież powinnaś być w tamtym klubie.
  - Śmiesz jeszcze mieć o to do mnie pretensje?! - wrzasnęłam, a wszyscy którzy byli zgromadzeni spojrzeli na nas łącznie ze striptizerkami.
  - Proszę nie krzycz, porozmawiajmy na zewnątrz.
  - Nie będę z tobą rozmawiać. Jesteś zwykłym gnojem, nienawidzę cię. Żałuję, że dałam ci się namówić na ten wyjazd i żałuję, że cię poznałam. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby, a potem automatycznie, nie wiedząc do końca co robię uderzyłam zszokowanego i zażenowanego Louisa z całej siły w policzek. Jego głowa odchyliła się w bok, a na skórze odcisnął mu się ślad mojej ręki.
   Myślałam, że coś powie. Krzyknie na mnie lub cokolwiek, ale on stał w milczeniu przykładając swoją dłoń do piekącego policzka. Nie tracąc więcej czasu wyszłam wyszłam z klubu tylnymi drzwiami chcąc jak najszybciej dostać się na świeże powietrze. Niebo zrobiło się już czarne, a po ulicach szli zmęczeni ludzie wracający z pracy lub też młodsze towarzystwo nie wiedzące co zrobić ze swoim życiem i poszukujące frajdy na mieście. Co do mnie, nie mogłam wrócić do hotelu, ponieważ klucze do pokoju miał jak zwykle Louis, a ja nie zamierzałam po nie wracać z powrotem do klubu, dlatego zdecydowałam pozwiedzać miasto i może znaleźć jakieś ciche, ustronne miejsce gdzie mogłabym się wypłakać.
   Nie potrafię opisać jak się wtedy czułam. Jeszcze nikt mnie nigdy tak nie zawiódł. Wiedziałam, że ja i Louis nie jesteśmy w związku, a on mi nigdy nic nie obiecywał, ale to i tak bolało, bo miałam głupią nadzieję, że może skoro przespaliśmy się ze sobą coś w nim drgnie.
  - Lucy! - nagle usłyszałam za sobą wołanie. Zatrzymałam się na środku uliczki, którą właśnie przechodziłam i odwróciłam się w kierunku osoby, która mnie wołała. W moją stronę biegł Louis, a gdy zobaczył, że się zatrzymałam na jego twarzy pojawiła się niewielka ulga i po chwili stał przy mnie zdyszany.
  -Chcesz dostać drugi raz w twarz? - zapytałam od razu z sarkastycznym uśmiechem, chociaż wcale nie czułam się tak dobrze jak próbowałam to pokazać. Czułam się beznadziejne i nic nie mogło tego zmienić.
  - Nie, chociaż wiem, że mi się to należy. - odpowiedział. - Posłuchaj ja wiem, że pewnie teraz myślisz o mnie same najgorsze rzeczy, ale...
  - Masz rację, myślę, że jesteś skończonym dupkiem, dziwkarzem i nie zasługujesz na żadną z rzeczy, którą masz. - warknęłam przerywając Louisowi.
  - Być może, ale zrozum, że to wina alkoholu. Za dużo wypiłem, nie powinienem iść do tamtego klubu. Przepraszam.
  - Myślisz, że teraz wrócę z tobą po twoich marnych przeprosinach? Wykorzystałeś mnie. Od początku chodziło ci tylko o to, żeby się ze mną przespać i mną pobawić. Zabrałeś mnie tu, właśnie w tym celu, a potem? Przestałbyś się mną interesować, zablokował numer, żebym nie mogła do ciebie dzwonić. Rzucił do kąta jak starą zabawkę, prawda?!
  - Nie. Nie prawda. - Lou pokręcił głową i gdybym go już nie znała może nawet stwierdziłabym, że jest mu smutno i żałuje, ale niestety byłam prawie pewna, że znowu udaje.
  - Kocham cię. - palnął, a ja roześmiałam się na cały głos udawanym, żałosnym, pełnym rozpaczy śmiechem.
  - Kochasz? Co ty możesz kurwa wiedzieć o miłości. Jeszcze na dodatek znowu kłamiesz, żeby mnie udobruchać.
  - Przysięgam, że to prawda! - zaprzeczył rozpaczliwie.
  - Jak mogę ci wierzyć? Tobie, który najpierw powtarza mi za każdym razem, że jestem piękna, a potem przy najbliższej okazji idzie do klubu Go Go na striptiz.
  - Bo jesteś piękna. Dla mnie jesteś najpiękniejsza i zawsze będziesz. To ty nauczyłaś mnie co to znaczy miłość. Tyle razy byłaś przy mnie kiedy tego potrzebowałem i płakałem. Pocieszałaś mnie wtedy i głaskałaś po włosach. Jesteś pierwszą osobą, której powiedziałem o Lottie, przy której płakałem jak dziecko i czułem się z tym dobrze. Wiem, że cię cholernie zawiodłem moim zachowaniem, ale błagam uwierz mi, że to co mówię teraz jest prawdziwe. Że cię kurewsko kocham tylko za każdym razem bałem ci się do tego przyznać, bo jestem tchórzem, a tak wspaniała osoba zasługuje na więcej niż na miłość takiego tchórza.
   To wyznanie mnie wzruszyło. Nie wiedziałam, że Louis tak o mnie myśli. Nie wiedziałam nawet, że on coś o mnie w ogóle myśli, ale nie umiałam tak nagle wybaczyć mu tego całego świństwa i o tym zapomnieć. Jednym słowem byłam kompletnie rozdarta. Nie wiedziałam co mam zrobić ani co mam powiedzieć. Stałam tylko nieruchomo czekając na dalszy rozwój wydarzeń między nami.
  - A ty... mnie kochasz? - spytał nieśmiało spuszczając głowę w dół i podnosząc ją co chwilę, by obserwować moją reakcję.
   Czy go kochałam? Nie wiem. Nigdy nie zadawałam sobie tego pytania. Byłam w nim zakochana, to pewne, ale nie miałam pojęcia czy go kocham. Miłość to dużo silniejsze uczucie niż zakochanie i ciężko jest stwierdzić kiedy pojawia się prawdziwa miłość.
  - Nie wiem, Louis. Nie potrafię ci odpowiedzieć. - szepnęłam zgodnie z prawdą po dłuższym czasie napiętego milczenia. - To chyba zły czas na wyznawanie sobie miłości. - dodałam po chwili przekierowując na niego swój wzrok.
  - To przez to, że cię zdradziłem, tak?
  - Nie zdradziłeś mnie, bo nigdy nie byliśmy razem, zapomniałeś?
  - Ale ta relacja chyba do czegoś nas zobowiązywała, no nie?
  - Nie wiem, to pytanie powinieneś zadać sobie.
   Louis pokiwał głową i znów spuścił smętnie głowę. Miał ponury wyraz twarzy, chyba czuł się teraz tak samo jak ja. Staliśmy tak w milczeniu przez dłuższy czas, aż postanowiłam zakończyć między nami ciszę zarówno jak i swoją wzajemną niezręczną obecność.
  - Daj mi klucze do pokoju. - powiedziałam wyciągając w jego kierunku rękę.
   Bez słowa włożył rękę do kieszeni, wyciągnął z niej mały kluczyk i podał mi go.
  - Mam dzisiaj spać na kanapie? - zapytał
  - Nie ma takiej potrzeby, bo nie będę spać dzisiaj w naszym pokoju. - oświadczyłam podejmując tą decyzję w tym samym czasie, w którym wypowiedziałam to zdanie, całkowicie spontanicznie, jednak wiedziałam, że to wyjście będzie dla nas obojga najlepsze, ponieważ wyszłam z założenia, że ciężko by nam było być w jednym pokoju nie odzywając się do siebie przy tym ani słowem.
   Lou westchnął z rezygnacją, a po chwili odwrócił się do mnie plecami i odszedł. Miałam cichutką nadzieję, że coś jeszcze powie, może spróbuje błagać mnie o to, żebym jednak została, ale wydawało mi się nawet, że pogodził się z tym co się stało i postanowił wrócić do klubu oglądać tańczące striptizerki. Załamałam się wtedy jeszcze bardziej, a łzy poleciały niekontrolowanie po moich policzkach. Nie potrafiłam udawać kogoś kim nie jestem, chociaż w takich momentach tak bardzo chciałam.
  - Hej Lucy!
  - Czego znowu chcesz, Louis? - spytałam nawet się nie odwracając w jego stronę.
  - To nie Louis. To ja. - odwróciłam się. Przede mną stała Kate ze zmartwionym wyrazem twarzy. Domyśliłam się po jej minie, że dowiedziała się już o wszystkim, jak to ona, jednak teraz nie miałam jej tego za złe. Uznałam, że to może lepiej, bo naprawdę potrzebowałam wtedy wsparcia przyjaciółki.
  - Już wiesz? - zapytałam szeptem.
  - Tak. Lily gadała z Liamem, powiedział jej, że Louis poszedł do tego klubu, a potem widziałam jak się kłócicie, ale postanowiłam poczekać na odpowiedni moment.
  - Może powinnaś nam przerwać. - westchnęłam. - Ale to nieważne.
  - Naprawdę mi przykro.
   Kate zbliżyła się w moją stronę dwa kroki, a potem przytuliła mnie, na co oddałam jej uścisk. Pewnie przytulałybyśmy się tak dalej, jednak nadal stałyśmy na środku chodnika, a ludzie mijający nas dziwnie się nam przyglądali, dlatego oddaliłyśmy się od siebie i zgodnie stwierdziłyśmy, że lepiej będzie wrócić do hotelu.
   Po drodze Kate zaszła do pobliskiego sklepu po butelkę wina. Powiedziała, że wino najlepiej rozwiązuje smutki i chociaż na początku nie byłam tego pewna, to w końcu uległam przyjaciółce. Gdy znalazłyśmy się już w hotelu, weszłyśmy do windy, gdzie Kate zarządziła, że jedziemy na jej piętro, do jej pokoju, ponieważ lepiej nie przywoływać smutnych wspomnień i nie wracać do pokoju, gdzie dzisiejszego poranka budziłam się przy boku Louisa. Na to również się zgodziłam i tym razem z chęcią poszłam za nią do jej pokoju znajdującego się w labiryncie krętych korytarzy.
  - To duży hotel. Jeden z największych, można się więc było spodziewać tych wszystkich korytarzy, ale i tak nie jestem z tego zadowolona, bo mój pokój leży dalej od Justina, mimo, że zaznaczałam, że żądam, żeby nasze pokoje były tuż obok siebie. - westchnęła, kiedy weszłyśmy do środka.
  -Więc dlaczego nie macie pokoju razem? - spytałam mając nadzieję, że jeżeli odbiegnę od tematu Louisa zapomnę o nim i o całym zajściu sprzed zaledwie pół godziny.
  - Bo nie ja nie chciałam. Nie byliśmy razem, gdy tu przyjechaliśmy, więc zarządziłam, że śpimy oddzielnie, ale jutro chcemy wziąć pokój razem, jeżeli jeszcze da się to zmienić.
   Kiwnęłam głową i usiadłam na łóżku Kate, Próba odwiania myśli od Louisa nie powiodła się. W głowie cały czas miałam moment, kiedy wsadzał za gumkę majtek tej dziewczyny pieniądze. Brzydziłam się nim, nie chciałam go widzieć, ale jednocześnie marzyłam o tym, żeby teraz przyszedł tutaj i mnie przytulił. Byłam pełna sprzeczności. Nie rozumiałam samej siebie i to było okropne.
  - Nadal o tym myślisz? - zagadała Kate nalewając do plastikowych kubków wina. - Wybacz, że nie w kieliszkach jak należy, ale nie przewidziałam sytuacji i nie wzięłam ich ze sobą.
  - Nie ma sprawy. Najważniejsze jest to, że mamy się czego napić, a bardziej to ja, bo to mnie facet nie chce. To ja jestem tą nieszczęśnicą. - powiedziałam załamanym głosem biorąc z kubka duży łyk wina dla pocieszenia.
  - Nie mów tak. Louis to zwykła świnia i kobieciarz, nie zasługuje na ciebie. On nie jest niczego wart.
  - Nie rozumiesz. Ja go kocham. - pokręciłam głową.
  - Kochasz go? Przecież jemu mówiłaś zupełnie co innego.- Kate popatrzyła na mnie ze zdumieniem.
  - Wiem. Może to zabrzmi śmiesznie i żałośnie, ale wtedy tego nie wiedziałam. Byłam na niego wściekła i nie myślałam, ale teraz jestem tego pewna. Kocham go i nienawidzę jednocześnie. - wyrzuciłam z siebie i z pełną świadomością mogłam teraz stwierdzić, że to co mówię jest prawdą. Kocham Louisa Tomlinsona mimo, że dosyć często zachował się w stosunku mnie jak dupek.
  - Okej, więc... nienawidzisz go za to co ci zrobił,a kochasz za...?
  - Sama nie wiem za co. - wzruszyłam ramionami. - Po prostu nie wyobrażam sobie życia bez niego. Od momentu tego pechowego sylwestra nie było dnia w którym o nim choć przez chwilę nie pomyślałam ani nie zatęskniłam, kiedy nie wiedzieliśmy się dłużej. Uwielbiam jego uśmiech i kiedy jest szczęśliwy, a kiedy jest smutny czuje nieodpartą potrzebę na przytulenie go i pocieszenie. Zupełnie jakby włączał mi się wtedy instynkt macierzyński.
   Kate popatrzyła na mnie chwilę w milczeniu, a potem wstała i zabrała mi wino z ręki.
  - Co ty robisz? - zapytałam zdezorientowana, nie rozumiejąc poczynań mojej przyjaciółki.
  - Jak to co? Idziemy szukać tego gamonia. Nie znoszę go to fakt i nadal myślę, że nie jest ciebie wart, a zwłaszcza po tym co odstawił, ale... jesteś moją przyjaciółką i nie chcę żebyś cierpiała, a widzę, że ty go naprawdę kochasz. A na prawdziwą miłość nie ma innej rady jak pogodzenie się z nią i jej przyjęcie.
  - Mówisz jak swatka i wielka znawczyni miłości. - roześmiałam się.
  - Możliwe, ale po tym co usłyszałam nie zamierzam siedzieć z założonymi rękami. Skoro ja potrafiłam zmienić kobieciarza w pantofla, to ty też będziesz umiała.
  - Dziękuje Kate, jesteś wspaniała. - uśmiechnęłam się i przytuliłam do przyjaciółki, a z oczu znów popłynęły mi łzy, ale tym razem były to łzy szczęścia.
  - Jesteś w stanie mu to wybaczyć? - zapytała nie wypuszczając mnie ze swoich objęć.
  - Chyba tak, jeśli obieca mi, że przestanie być takim dupkiem i wreszcie nada jakąś nazwę naszej relacji.
  - Więc idziemy, zmieniać Louisa.
   I tak wyszłyśmy z pokoju Kate do tej pory zamknięte z butelką wina i zaczęłyśmy iść korytarzami do windy. Czułam się pewna siebie. W głowie miałam ułożone to co chciałam powiedzieć Lou, ale i tak pozostała we mnie obawa o to, że na jego widok znów się zamknę i nie powiem mu ani słowa tylko spakuję swoje rzeczy i wyjdę z naszego pokoju bez słowa.
  - Jedziemy do waszego pokoju? - zapytała mnie, gdy weszłyśmy do windy.
  - Tak. Poczekam tam na niego, w końcu będzie musiał wrócić.
   Kate nacisnęła odpowiedni guzik, który włączył się i zamigotał zielonym światełkiem.
  - Wiesz co chcesz mu powiedzieć?
  - Tak, mam tylko nadzieję, że się go nie wystraszę, a Louis wykaże jakąkolwiek chęć do pojednania. Boję się tylko jeszcze jednej rzeczy...
  - Jakiej?
  - Tego, że jego słowa nie były prawdziwe i mnie nie kocha, albo tego, że zdenerwował się na mnie za te kilka ostrych słów, które o nim powiedziałam i nawet nie zechce ze mną rozmawiać. - powiedziałam z obawą. W końcu nie musi być tak pięknie i kolorowo jak przed chwilą to sobie wyobrażałam. Ta druga, mniej wyidealizowana wersja wydarzeń jest nawet bardziej realistyczna, więc czemu nie miałoby się tak stać?
  Wreszcie winda dojechała na piętro i drzwi otworzyły się. Korytarz był pusty. Nie było nikogo. Powoli wyszłam z windy i z narastającą gulą w gardle, na trzęsących się z nerwów nogach podeszłam do drzwi naszego pokoju i wyciągnęłam z kieszeni kluczyk, który dał mi Lou. Włożyłam go do zamka w drzwiach i przekręciłam.
  - Chcesz żebym zaczekała na tego pacana z tobą, czy mam iść do siebie? - spytała mnie przyjaciółka stojąca w dalszym ciągu nade mną.
  - Kate, nie obraź się, ale wolę zostać i poczekać na niego sama. Muszę samodzielnie przygotować się na tą konfrontację, ale dziękuję ci za wszystko.
  - Nie ma sprawy, rozumiem. Będę trzymała kciuki.
   Po raz ostatni przytuliłyśmy się o potem Kate poszła znikając po chwili w windzie. Zamknęłam drzwi, jednak nie na klucz, żeby Louis mógł wejść i usiadłam na łóżku, które teraz wydawało mi się ogromne. Może to ze strachu i obawy, a może to przez to, że zawsze oprócz mnie siedział lub leżał na nim jeszcze Lou. Na nowo byłam załamana i przestraszona. Pewność siebie, którą miałam przez kilka sekund po wyjściu z pokoju Kate wyparowała ze mnie całkowicie, a mi pozostało tylko czekać. Nie potrudziłam się nawet o zdjęcie z siebie kurtki czy butów, chciałam tylko, żeby Louis już przyszedł i chciałam mieć tą rozmowę z głowy. Rozważałam co zrobię, kiedy mnie wyśmieje i oznajmi, że to był tylko żart i w rzeczywistości nie kocha mnie ani trochę. Nie chciałam dać mu satysfakcji i się rozkleić. Zaplanowałam, że w takim wypadku jak najszybciej się spakuję i trzaskając drzwiami wyjdę z pokoju nie dając nic po sobie poznać. Jak prawdziwa feministka uważająca posiadanie przy sobie faceta jako zło konieczne.
   I wtedy usłyszałam trzask drzwi, ale nie ten w mojej głowie, a rzeczywisty trzask. Natychmiast poderwałam się z łóżka i stanęłam na równe nogi. Przy drzwiach stał Louis, jednak widząc mnie nie zrobił ani kroku.
  - Mam wyjść i poczekać za drzwiami, aż się spakujesz? - zapytał po dłuższej chwili uciążliwego milczenia.
  - Nie. Chciałam ci coś powiedzieć.
  - Słucham. - zrobił jeden krok do przodu i spojrzał mi prosto w oczy, ale nie mogłam z nich nic wyczytać. Nie było w nich nic. Żadnego smutku, szczęścia czy czegokolwiek innego.
  - Nie wiem czy to co mi powiedziałeś przed klubem było prawdą, ale... jeżeli tak to.. ja też cię kocham. Musiałam wszystko sobie przemyśleć. Strasznie mnie zraniłeś i to już nie pierwszy raz, ale nie powinnam się za to na ciebie wściekać, bo jak już mówiłam nie jesteśmy parą...i to mnie tak strasznie boli...- zakończyłam spuszczając głowę w dół i z wielkim zainteresowaniem zaczęłam wpatrywać się w czubki moich butów, jakby nagle stały się najciekawszą rzeczą na świecie.
  - Kochasz mnie? - Louis spojrzał na mnie z nadzieją i podszedł bliżej mnie.
  - Tak. - pokiwałam głową. - Teraz jestem tego pewna.
   Nagle poczułam na sobie jego usta. Oddałam ten pocałunek, zakładając mu ręce na szyję jak miałam to w zwyczaju robić za każdym razem, kiedy się całowaliśmy. Louis objął moją twarz pogłębiając pocałunek, a gdy już się od siebie oderwaliśmy usłyszałam słowa na które czekałam w głębi duszy już od bardzo dawna. Jestem pewna, że nie zapomnę ich do końca życia.
  - Chcesz ze mną być? Jesteś na to gotowa?
  - Jeśli ty jesteś gotowy na zaangażowanie się w to i obiecasz mi, że już nigdy więcej mnie nie zranisz. - odparłam z wielkim uśmiechem na ustach.
  - Obiecuję. Kocham cię, Lucy.
  - Kocham cię Louis.
   I właśnie tak zostaliśmy oficjalnie parą. Całowaliśmy się przez dobre dziesięć minut i żadne z nas nie potrafiło się od tego drugiego oderwać. Byłam taka szczęśliwa, że nareszcie poprosił mnie o to i odważył się powiedzieć, że mnie kocha, że cały świat przestał dla mnie istnieć, bo mój świat był obok mnie i właśnie zachłannie mnie całował, jakby jutro miało już nie nastąpić. Miałam nadzieję, że teraz moje życie będzie lepsze i nie będę musiała się martwic już tym, że Lou ogląda się za innymi dziewczynami, bo to ja jestem jego dziewczyną. A jeżeli jednak odważy się to zrobić, to będę miała pełne prawo do tego, żeby porządnie mu przyłożyć, jednak myślę, że to nie będzie już potrzebne. W końcu jesteśmy już razem.
  Następny rozdział: 1 marca




Rozdział 21

*Lucy*
   Wreszcie nastał wyczekiwany przeze mnie dzień wyjazdu - 22 lutego. Była godzina 1 w nocy, kiedy pospiesznie sprawdzałam zawartość swojej walizki, nerwowo przegrzebując wszystkie rzeczy. Wylot samolotu był zaplanowany na 3:30, a za pół godziny pod mój dom miał podjechać Zayn, żeby zabrać mnie, Lily i Kate na lotnisko. Jako, przykładny, kochający brat nie pozwolił swojej młodszej siostrze jechać taksówką, ponieważ wolał mieć pewność, że bezpiecznie dotrze na miejsce, a ja i Lily? Cóż postanowiłyśmy przystać na propozycję Kate i zabrać się razem z nią i jej bratem, który jak zwykle nie miał nic przeciwko temu.
  - Jesteś pewna, że masz wszystko? - w progu mojego pokoju pojawiła się moja mama wchodząc do środka z zatroskaną miną. Postanowiła nie spać, aż do mojego wyjścia i teraz sama pochylała się nad moją wypakowaną po brzegi walizką sprawdzając wszystkie kosmetyki i ubrania, które do niej zapakowałam. Obok na moim łóżku leżał mój bagaż podręczny, który mam nadzieję nie będzie wykraczał poza dozwoloną ilość rzeczy.
  - Mamo, spakowałam do tej walizki prawie połowę mojej szafy, więc myślę, że niczego mi tam nie zabraknie. - odparłam zamykając wielki bagaż.
  - Dobrze. - przytaknęła. - Wzięłaś te pieniądze, które ci wczoraj dałam? - spytała ponownie upewniając się, że jej kochanej córeczce nic nie zabraknie, jakbym jechała na drugi koniec świata i to w dodatku na cały rok. Czasami miałam dosyć jej przesadnej opiekuńczości.
  - Tak, mamo. - potwierdziłam znudzonym głosem.
  - W porządku, kiedy ma przyjechać Zayn i Kate? - odnosiłam wrażenie, że moja mam stresuje się tym wyjazdem bardziej niż ja. Od kiedy zaczęłam się pakować przychodziła do mnie dosłownie co 5 minut i zasypywała milionem tych samych pytań, które różniła jedynie inna konstrukcja.
   Spojrzałam na złoty zegarek na moim nadgarstku. Była godzina 1:23. Zayn powinien przyjechać za chwilę. Zostało mi więc 7 minut do wyjścia.
  - Powinnam już się zbierać. Zayn będzie za kilka minut. - odpowiedziałam mamie, biorąc walizkę za wysuwaną rączkę i ciągnąc ją na kółkach do schodów.
   Przez schody bagaż przeniosła moja mama mimo moich sprzeciwów. Doskonale wiem, że nie ma już dwudziestu lat i nie powinna nadmiernie się przemęczać nosząc ciężkie walizki po schodach, jednak moje zapewniania, że poradzę sobie ze wszystkim sama na nic się zdały.
   Gdy walizka została już zniesiona do przedpokoju założyłam na siebie gruby, czarny płaszcz zimowy, czarne botki na obcasie, a już po chwili usłyszałam trąbienie samochodu przed domem, który niewątpliwie należał do Zayna. Pożegnałam się pospiesznie z mamą gwarantując jej, że kiedy dolecę na miejsce napiszę do niej smsa i jeżeli cokolwiek by się działo niezwłocznie do niej zadzwonię (chociaż gdyby chodziło tu o porwanie myślę, że porywacze nie pozwoliliby by mi wykonać telefonu do mamy, żeby uciąć sobie z nią pogawędkę o tym, gdzie się znajduję i co robię), a po tysiącu całusów w policzek mogłam wyjść z domu i skierować się na podjazd, gdzie obok priusa mojej mamy stał już czarny Mercedes Zayna, z którego brunet po chwili wysiadł otwierając bagażnik.
  - Pozwól, że wezmę. - powiedział zabierając ode mnie walizkę i pakując ją obok jeszcze większej niż moja fioletowej walizki Kate i zielonej walizki Lily.
  - Dzięki. - uśmiechnęłam się, a następnie otworzyłam sobie tylne drzwi wsiadając do środka obok równie zestresowanej jak ja Lily.
  - Hej. - przywitałam się z przyjaciółką, przytulając ją na tyle ile to było możliwe biorąc pod uwagę ograniczoną przestrzeń w samochodzie. - Cześć Kate. - przywitałam się również z drugą przyjaciółką siedzącą z przodu na miejscu pasażera.
  - Hej. - odparła odwracając się do tyłu i uśmiechając się radośnie mimo jej zmęczonego wyrazu twarzy. Pewnie nie zmrużyła oka ani na minutę tak jak ja. - Już się nie mogę doczekać wylotu. - powiedziała w momencie, kiedy Zayn zajął miejsce kierowcy i odpalił swój samochód.
  - Ja też. Dawno nie leciałam samolotem. - odpowiedziałam sprawdzając swoją torebkę i upewniając się, że zabrałam ze sobą paszport.
  - Stresujecie się dziewczyny? - zagadał Zayn wyjeżdżając z pod mojego domu. Kątem oka widziałam jak moja mama stoi z przejętym wyrazem twarzy w kuchennym oknie obserwując odjeżdżającego Mercedesa. Z jednej strony żal mi jej kiedy tak niepotrzebnie się o mnie zamartwia, ale z drugiej ją rozumiem. W końcu gdybym ja miała nastoletnią córkę, która właśnie leci samolotem na ferie z dwudziestodwuletnim facetem prawdopodobnie też bym się martwiła.
  - I to jak, nie mogłam zasnąć nawet na 5 minut. - odpowiedziałam Zaynowi, podczas gdy Lily tylko niewyraźnie przytaknęła kładąc się na moim ramieniu i przymykając zmęczone oczy.
  - Też nie mogłam spać. - przyłączyła się do konwersacji Kate. - Ale tylko przez Zayna. - spojrzała oskarżycielsko na swojego brata, który od razu przyjął pozycję obronną.
  -Przecież musiałem cię obudzić, później byś narzekała, że nie spakowałem ci najważniejszych rzeczy, podczas gdy ty leżałaś i pachniałaś.
  -  Sam stwierdziłeś, że spakujesz mi walizkę, bo ja na pewno czegoś zapomnę. Nic ci nie kazałam, a teraz jeszcze mnie o wszystko oskarżasz. - Kate wyrzuciła ręce do góry.
  - O nic cię nie oskarżam, to ty jak zawsze robisz z igły widły. - Zayn bronił uparcie swojej osoby.
  - Hej, uspokójcie się. - powiedziałam dosyć głośno tak, żeby Zayn zarówno jak i jego kłótliwa siostra mnie usłyszeli. Nie chciałam się wtrącać do ich rozmów, jednak byłam pewna, że gdyby nie moja interwencja nigdy nie dojechalibyśmy na lotnisko, a to byłoby najgorsze co może się teraz wydarzyć. Znam temperament Kate i zdaję sobie sprawę z tego, że z łatwością zdążyłaby rozpętać kłótnię ze swoim bratem zanim dojechalibyśmy na miejsce.
  - Będziecie mieć od siebie tydzień przerwy, więc przynajmniej teraz się nie kłóćcie. - dodałam, kiedy rodzeństwo nieco się uspokoiło.
  - No dobra. - zgodziła się Kate odwracając głowę w stronę szyby.
   Dalsza droga na lotnisko na szczęście obyła się bez kłótni, w ciszy. Po drodze zadzwonił do mnie Louis, z pytaniem gdzie jesteśmy. On, Justin i Liam byli już na miejscu i ukrywali się w przedsionku, ponieważ z tego co zrozumiałem z szybko mi zdanej relacji Louisa paparazzi dowiedzieli się o miejscu ich pobytu i zdążyli zrobić im mnóstwo zdjęć zanim się schowali w bezpiecznym, bezludnym miejscu. Podejrzewałam, że nas czeka to samo, dlatego psychicznie zaczęłam przygotowywać się na blask oślepiających fleszy.
   Kiedy Zayn wyjął już wszystkie nasze bagaże nadeszła pora na pożegnanie z siostrą. Przytulił ją mocno i zaczął wygłaszać jej to samo kazanie co moja mama przed moim wyjściem.
  - I pamiętaj. - mówił zatroskanym głosem. - Twoje tabletki na wypadek ataku są w bocznej kieszonce różowej torebki z lekami razem z instrukcją twojej obsługi.
  - Oczywiście, dam ją Justinowi i powiem mu, że jestem wariatką. - powiedziała sarkastycznie, lecz po tonie jej głosu wyczułam przygnębienie wymieszane ze strachem. Kate nie lubiła rozmawiać o swojej chorobie. Samo jej wspomnienie było dla niej nieprzyjemne, a możliwość, że ktoś się o tym dowie przyprawiał ją o olbrzymi strach.
  - Ja i Lily się nią zaopiekujemy. - zapewniłam Zayna kładąc mu dłoń na ramieniu na co uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością.
  - Wy też bądźcie ostrożne. - powiedział na koniec kierując swoje słowa do mnie i do Lily, odchodząc w stronę swojego czarnego Mercedesa.
  - Zayn! - Kate krzyknęła za swoim bratem zanim wsiadł do samochodu. Brunet odwrócił się w jej stronę z pytającym spojrzeniem.
  - Kocham Cię. - powiedziała ściszając swój głos, jednak Zayn usłyszał to co do niego powiedziała. Tymczasem ja i Lily stałyśmy nieco zszokowane słowami naszej przyjaciółki. Trzeba wiedzieć, że Kate bardzo rzadko wyznaje swoje uczucia i jeżeli powie ci, że cię kocha to oznacza, że możesz czuć się wyjątkowo.
   Zayn podszedł do Kate, przytulił ją po raz kolejny tego dnia, a w zasadzie to nocy szepcząc ,,Ja ciebie też kocham". Gdyby ktoś stał tu z nami gwarantuję mu, że na taki widok w oku może zakręcić się łza.
  - No już wystarczy bo ja i Lucy się zaraz wzruszymy. - odezwała się Lily spoglądając z uśmiechem na tulących się do siebie Kate i Zayna. Czy wspominałam już jak bardzo zazdroszczę mojej przyjaciółce brata?
   Kate i Zayn po kilku kolnych sekundach przestali się przytulać. Zayn wrócił do swojego auta, a ja, Lily i Kate ruszyłyśmy z walizkami do budynku lotniskowego, szukając naszych trzech muszkieterów ukrywających się gdzieś w którymś z przedsionków.
   - Też bym chciała mieć takiego starszego brata. - odezwała się Lily podczas naszych poszukiwań chłopaków.
  - Ja też. - przytaknęłam uśmiechając się z rozmarzeniem. Mimo, że mam starsze rodzeństwo to siostra znacznie różni się od brata. W dodatku kilometry, które nas teraz dzielą przez przeprowadzkę Danielle do Walii sprawiło, że nasz kontakt znacznie się ograniczył.
  - Czasami jest nie do zniesienia, uwierzcie. Nie zawsze zachowujemy się jak kochające rodzeństwo. Miałyście tego przykład podczas jazdy tutaj. - westchnęła Kate, ale mimo to uśmiechnęła się. - Chyba tam są nasi mężczyźni. - zmieniła temat wskazując ręką na miejsce, gdzie paparazzi robili zdjęcia. Widocznie bezpieczna kryjówka wcale nie okazała się taka bezpieczna jak Louis mówił.
  - Lecicie z nimi? - zadał pytanie jeden z reporterów uderzając fleszem aparatu w nasze oczy.
  - Kim dla nich jesteście. - zadał pytanie kolejny z tłumu paparazzich.
   Jako nastolatka oraz uczennica liceum śledziłam na bieżąco życie wielkich gwiazd, dlatego wiedziałam, ze w sytuacji ataku fotoreporterów należy schylić głowę w dół i zasłonić twarz otwartą dłonią o ile to możliwe. Tak też zrobiłam, w tym wypadku przedzierając się przez atakujące mnie flesze  do trzech tak samo atakowanych piłkarzy. Z jednej strony było to niesamowite uczucie. Mogłam poczuć się jak prawdziwa wielka sława, ale z drugiej było to odrobinę nieprzyjemne, bo w końcu komu podobało by się znoszenie tych oślepiających aparatów w środku nocy.
   Przez chwilę myślałam, że nie wydostanę się nigdy. Przejście do Louisa, od którego dzieliło mnie zaledwie kilka metrów było mi bardzo utrudnione. Mężczyźni, którzy cały czas robili nam zdjęcia i zadawali w kółko te same pytania nie pozwali nam się przedrzeć, a w końcu stali się tak natarczywi, że straciłam jakiekolwiek nadzieje na wydostanie się z tego koszmaru. Ratunek nadszedł dopiero po jakimś czasie. Do mnie, do Kate i do Lily podeszło sześciu ochroniarzy lotniska zasłaniając nas swoimi ciałami i odganiając paparazzich. Następnie wyprowadzili nas z budynku i wprowadzili do pewnego małego, niezidentyfikowanego przeze mnie pomieszczenia, gdzie wreszcie mogłam odetchnąć z ulgą z daleka od fleszy.
   Moje oczy nie funkcjonowały jednak normalnie. Cały czas widziałam błyski i dopiero kiedy usiadłam na jednym z plastikowych krzesełek, mrugając powiekami kilkanaście razy odzyskałam pełną sprawność wzrokową.
  - Wszystko dobrze? - usłyszałam nad sobą głos Louisa pochylającego się nade mną.
  - Chyba tak. - odparłam niepewnie, podnosząc się ze swojego miejsca i z uwagą oglądając pomieszczenie w którym się znalazłam.
  - To pomieszczenie dla personelu. - wytłumaczył jeden z ochroniarzy, który nas wyprowadził. - Tutaj paparazzi nie wejdą, a dodatkowo będziecie mieli państwo zapewnioną naszą ochronę osobistą.
  - A jak wejdziemy do samolotu? - zadał pytanie Justin, obejmując jedną ręką zaniepokojoną Kate.
  - Będziecie przez nas eskortowani. - odpowiedział drugi z ochroniarzy.
  - A przeprawa paszportowa? - skierowałam pytanie do ochroniarza w czerwonej czapeczce z daszkiem, jednocześnie spoglądając na zegarek.
  - O której macie państwo wylot?
  - O trzeciej trzydzieści.
  - Więc ze wszystkim zdążycie. - uspokoił mnie mężczyzna, odchodząc kawałek od naszej sterczącej nadal pośrodku pomieszczenia szóstki i zaczynając mówić coś do woki toki przypiętego do skórzanego paska jego spodni.
   Przez dalszą godzinę spędzoną w pomieszczeniu dla personelu, gdzie powietrze było wysuszone bardziej niż na pustyni Sahara całą szóstką omawialiśmy plan szybkiej ucieczki przed paparazzimi, którzy w dalszym ciągu stali ustawieni jak armia żołnierzy z aparatami dookoła lotniska. Kiedy nadszedł już czas wdrażania całego ustalonego przez nas planu okazało się iż było to całkowicie zbędne, ponieważ ochroniarze szybko eskortowali nas do odprawy paszportowej oraz kontroli bagaży zanim paparazzi zdążyli uchwycić na swoich aparatach nasze twarze. Ludzie, którzy uczestniczyli w przeprawie razem z nami byli to głównie bogaci emeryci, którzy postanowili podobnie jak my spędzić ferie zimowe w górach poza krajem, więc nie mieli nawet pojęcia kim jest Louis, Justin oraz Liam.
   Prawdziwe kolejki zrobiły się dopiero przy sprzedaży biletów i usadzania pasażerów na poszczególnych miejscach. Starsi ludzie mieli mnóstwo swoich bagaży, które zajmowały więcej miejsca niż oni sami, przez co razem z Justinem zgubiliśmy się i odcięliśmy od reszty naszych przyjaciół, dlatego nie pozostało nam nic innego niż stanąć w drugiej kolejce. Oboje uznaliśmy, że nie ma sensu szukać wśród tłumu innych pasażerów Liama, Louisa, Kate i Lily.
  - Myślisz, że dostaniemy koło nich miejsca? - spytałam Justina, stając na palcach i próbując odszukać wzrokiem cztery zguby.
  - Nie mam pojęcia, ale przynajmniej mamy pewność, że będziemy w tym samym samolocie. - odpowiedział mi również wychylając głowę i spoglądając na początek kolejki.
  - Zapraszam państwa! - krzyknęła do nas jedna z siedzących za wielką, lśniąca ladą kobieta w średnim wieku.
   Razem z Justinem ruszyliśmy w jej kierunku, a już po chwili dostaliśmy miejsca obok siebie na przodzie samolotu. Gdy razem z bagażami wyszliśmy na zewnątrz od razu usłyszeliśmy kłótnie dwójki dobrze nam znanych głosów.
  - Jak do jasnej cholery rezerwowałeś te zasrane bilety? - mówiła donośnym głosem Kate wymachując Louisowi kawałkiem świstka przed oczami.
  - Przecież to nie ode mnie zależy, myślisz, że niby ja chcę przez dwie godziny siedzieć obok ciebie w samolocie? - odparł jej również zezłoszczony Louis wymachując przy tym rękami.
  - O co wam chodzi? - zapytał Justin stając przy Louisie. Zaciekawiona kłótnią również przystanęłam bliżej nich wsłuchując się uważnie w dalsze zdania wypowiadane w swoim kierunku przez dwie osoby.
  - O to, że muszę siedzieć z twoją niunią w samolocie, a ona twierdzi, że to moja wina. - Louis był już wyraźnie mocno poddenerwowany.
  - Tylko nie niunią, dobrze? Nie życzę sobie tego. - obruszyła się Kate zaciskając dłonie w pięści.
   W takiej sytuacji wiedziałam już co robić. Moja przyjaciółka już co prawda nie miała ataków złości i histerii od pół roku, jednak na wszelki wypadek odciągnęłam ją kawałek od Louisa i Justina każąc jej brać głębokie wdechy i wydechy.
  - Już lepiej? - spytałam łagodnie, kiedy jej złość widocznie opadła.
  - Tak mi się wydaje, chociaż na widok twojego chłopa... umm to znaczy... - Kate przerwała w połowie zdania.
  - Nie musisz kończyć, wiem co chciałaś powiedzieć. - odparłam półszeptem wycofując się i kierując się wolnym krokiem z walizką w jednej dłoni w stronę chłopaków. Wiem, że Kate nie powiedziała tego specjalnie, ale mimo to i tak poczułam w sercu pustkę. Czułam ją za każdym razem gdy ktokolwiek powiedział jedno niewłaściwe słowo o Louisie. A gdy mówił to on sam, pustka stawała się jeszcze większa, a ból nie do opisania. W takich chwilach jedyne czego chciałam to zniknąć z powierzchni Ziemi, ale niestety niektóre marzenia pozostają tylko marzeniami.
  - Lucy, nie chciałam. - Kate zaczęła iść za mną próbując mnie zatrzymać. Na całe szczęście z głośników wydobył się głos jednego ze spikerów ogłaszający odlot naszego samolotu za 15 minut, przez co szybko musieliśmy wejść do środka i zająć swoje miejsca.
   Stewardessa stojąca przy wejściu od razu pokierowała naszą szóstkę do najwyższej klasy biznesowej. Na skórzanych, bielutkich fotelach siedzieli już wygodnie bogaci, ubrani w idealnie wyprasowane garnitury biznesmeni oraz ci sami emeryci, którzy pchali się ze swoimi wielkimi walizkami przy odbiorze biletów. Razem z Justinem zajęliśmy wyznaczone nam miejsca odkładając swoje bagaże podręczne.
  - Boisz się lotu? - spytał mnie, podczas zapinania pasów bezpieczeństwa o które zapięcie prosiła druga ze stewardess.
  - Nie. Nie raz leciałam już samolotem. Głównie do mojej siostry. - odpowiedziałam również zapinając swój czarny pas, przez który niemal od razu poczułam jak mój brzuch zostaje przyciśnięty a dopływ tlenu do płuc znacznie odcięty.
  - Nie wiedziałem, że masz siostrę. Gdzie mieszka, jeśli mogę zapytać? - zainteresował się blondyn przypatrując mi się z większym zaciekawieniem swoimi brązowymi oczami. Miał naprawdę piękny odcień tęczówek, sama chciałabym taki mieć.
  - W Walii, przeprowadziła się po śmierci mojego ojca.
  - Oh, naprawdę mi przykro. - Justin wydał się na zmartwionego tym faktem, jednak zupełnie niepotrzebnie. Faktycznie wspomnienia o moim tacie przyprawiają mnie o falę narastającego smutku, ale w końcu od tego nieszczęśliwego wypadku minęły już 4 lata, więc nie sprawia mi to aż tak wielkiego bólu jaki sprawiało mi tuż po jego odejściu.
  - Nie musi ci być przykro. Minął już pewien czas, przyzwyczaiłam się do tego, że mojego taty już ze mną nie ma. - odparłam uśmiechając się w stronę mojego towarzysza lotu.
  - Mojego też w pewnym sensie nie ma. - po wypowiedzeniu tego zdania Justin odwrócił głowę w kierunku okna przy którym siedział udając, że bacznie obserwuje wznoszący się coraz wyżej samolot.
  - Co masz na myśli mówiąc w pewnym sensie? - próbowałam drążyć temat, uważając przy tym, żeby nie być zbyt nachalna. Nie chciałam wyciągać z Justina informacji siłą, bo w końcu praktycznie mnie nie zna, nie wie czy może mi zaufać, ale nie musiałam się długo nad tym zastanawiać ponieważ on postanowił kontynuować to co zaczął.
  - Zostawił mnie i moją mamę, kiedy miałem 2 latka. Odszedł tak po prostu i nie utrzymywał już z nami kontaktu.
  - Nawet nie wiem co mam ci powiedzieć... - zaczęłam, gdy Justin przerwał mi w połowie zdania.
  - Nie musisz nic mówić. Każdego spotykają w życiu jakieś przykrości.
  - Masz rację, a teraz jeśli nie miałbyś nic przeciwko poszłabym spać, nie zmrużyłam oka przez cały wieczór. - powiedziałam wyciągając ze swojej torby zwinięty biały koc, którego zawsze zabierałam ze sobą na tego typu podróże. Był już ze mną od prawie sześciu lat i mogę powiedzieć, ze dosyć nieźle się trzymał nie licząc kilku wystających już z niego nitek.
  - Możesz się położyć na mnie, będzie ci wygodniej. - zaoferował się Justin uchylając swoje ramię w zapraszającym geście. Przez chwile musiałam rozważyć w swojej głowie czy położenie się na chłopaku, z którym "kręci" moja przyjaciółka jest odpowiednie (nie mam pojęcia jak inaczej nazwać jej relację z Justinem, przypominająca moją i Louisa tyle, że chyba trochę mniej skomplikowaną, ponieważ naprawdę nie sądzę, żeby Justin lizał się z innymi dziewczynami tylko po to, żeby dopiec Kate, a następnie przepraszać ją kilka razy i podglądać kiedy się przebiera udając podłogę. Tak nasze relacje są niewyjaśnione nawet dla mnie) W końcu stwierdziłam, że nie ma w tym nic złego i ułożyłam się wygodnie na brzuchu Justina, podczas gdy on otulił mnie swoim ramieniem. Od razu zrobiło mi się cieplej, a sen nadszedł szybciej niż kiedykolwiek. Mój mózg powoli zatracał kontakt z bodźcami zewnętrznymi, a po kilkunastu następnych sekundach straciłam również świadomość całkowicie oddając się snu, którego niestety nie mogłam dostać wcześniej zbyt zabiegana i zbyt zestresowana wylotem.
*Louis*
   Lecieliśmy samolotem dopiero od niecałych 20 minut, jednak ja miałem wrażenie, że minęła już dobra godzina. Kate niesamowicie mnie denerwowała. Już na samym początku lotu specjalnie przechyliła mi butelkę z wodą, kiedy piłem przez co nieomal się nie zakrztusiłem i nie wylałem na siebie wody. Oczywiście nie pozostałem jej dłużny i w zamian za to rzuciłem w nią krewetką z sałatki, którą zamówiłem sobie u obsługi samolotowej. Krewetka upadła jej prosto na jej spodnie z czego miałem niezły ubaw, kiedy ona ze złością wycierała nawilżoną chusteczką miejsce, gdzie krewetka leżała.
   Zabawa się jednak skończyła, gdy mój czujny wzrok dostrzegł jak dwa siedzenia przed nami w rzędzie obok Lucy leży sobie jak gdyby nigdy nic na Justinie, a on zamiast ułożyć ją na fotelu postanowił otulić ją ramieniem. Na początku chciałem na niego krzyknąć lub napisać mu smsa, żeby zostawił nie swoją laskę i zajął się własną, ale właśnie w tym samym momencie, gdy moja dłoń już sięgała po telefon w kieszeni moich dżinsowych spodni  przyszedł mi do głowy wprost idealny pomysł.
   Przecież laska mojego przyjaciela siedzi obok mnie, dlatego więc mam z tego nie skorzystać? Nie myślcie, że chce się z nią przytulać albo coś w stylu tych rzeczy. Chcę tylko wzbudzić w nim zazdrość, a Kate będzie moją pomocą.
  - Kate. - szepnąłem do brunetki, która skończyła nareszcie wycieranie swoich czarnych spodni, a teraz zawzięcie szukała czegoś w swojej dużej, podróżniczej torbie. Swoją drogą naprawdę nie wiem do czego jej taki ogromny bagaż i jak personel lotniska przepuścił ją z tą torbą, która wyglądem przypominała niedużą walizkę.
  - Czego chcesz? - odezwała się do mnie niemiło, ale nie było to dla mnie zdziwieniem.
  - Wiesz co teraz robi Justin? - spytałem ją, uśmiechając się przy tym przebiegle. Kate od razu wychwyciła mój uśmiech. Podniosła się ze swojego fotela i wychyliła się przez moje ramię lustrując wzrokiem siedzenia przed nami. Kiedy jej wzrok spoczął na Justinie i Lucy zacisnęła mocno szczękę i wróciła na swoje miejsce kipiąc ze złości. Już ją miałem. Teraz wystarczyło tylko, żeby zgodziła się na mój plan, co mam nadzieję, że zrobi bez zbędnych komentarzy, bo w końcu Kate Parker - urodzona liderka nie może pozwolić sobie na choćby najmniejszy uszczerbek w swojej reputacji.
  - Mam pewien plan, jak sprawić, żeby się od siebie odsunęli. - powiedziałem w stronę Kate, która siedziała odwrócona do mnie plecami, prawdopodobnie umierając teraz z zazdrości. Na moje słowa od razu się odwróciła dając mi znak, żebym kontynuował.
  - Zrobimy to samo co oni. - wytłumaczyłem. - Położysz się na mnie i poleżymy tak sobie dopóki Justin nie wypuści Lucy.
  - Nie ma mowy, wymyśl coś innego. - mruknęła Kate piorunując z daleka wzrokiem Justina, który nawet nie widział jej morderczych spojrzeń w swoją stronę zbyt skupiony na osobie, która tera leżała mu prawie na kolanach. To irytowało również mnie. Przysięgam, że gdy tylko wylądujemy nakopie mu w tyłek mimo, że jesteśmy przyjaciółmi.
  - Więc może ty coś wymyśl. - warknąłem, zdenerwowany jej wiecznym narzekaniem i pretensjami. Sama nie wymyśliłaby nic lepszego. Gdyby istniał sposób na odsunięcie od siebie Lucy i Justina bez poświęcania moich nerwów i kolan na Kate, na pewno bym go wypróbował, jednak niestety w chwili obecnej nie przychodziło mi do głowy nic lepszego niż to.
  - Dobra. - powiedziała po chwili, z niezadowoleniem kładąc się na mnie w taki sam sposób w jaki Lucy leżała na Justinie. Z tą samą niechęcią objąłem ją ramieniem i kątem oka zacząłem obserwować Justina.
   Przez pierwsze minuty, Justin zdawał się niczego nie zauważać. Dopiero po pewnym czasie, kiedy Lucy przekręciła się na jego kolanach, a on zmienił pozycję żeby ją podnieść, zauważył jak obejmuję ramieniem leżąca na mnie Kate. We wszystkim pomagał mi fakt, że brunetka była już tak znudzona monotonnym oczekiwaniem na rezultaty, że powoli zaczynała zamykać powieki i usypiać.
   - Odłóż ją na jej miejsce. - wysyczał, co chwilę patrząc na moje owinięte wokół jej talii ramię z narastającą złością.
  - Dlaczego? - postanowiłem się droczyć ze złośliwym uśmiechem na ustach.
   W tym samym czasie ciało Kate poruszyło się, a ona uniosła głowę próbując wrócić na swoje miejsce. Nie mogłem jej jednak na to pozwolić z wiadomych powodów, dlatego uniemożliwiłem jej drogę ucieczki swoimi ramionami.
  - Udawaj, że spisz, zaraz skończymy to całe przedstawienie. - wyszeptałem jej do ucha pilnując jednocześnie wzrokiem przyjaciela.
  - Justin już odłożył Lucy? - zapytała, ponownie się na mnie kładąc.
  - Jeszcze nie, ale zaraz to zrobi, jeśli przestaniesz gadać i zaczniesz ze mną współpracować. Oboje mamy w tym swoje cele.
   Kate pokiwała głową zamykając oczy. Widziałem jak przez moment na jej ustach formuje się zwycięski uśmiech i dla ulepszenia efektów oraz zwiększeni prawdopodobieństwa wygranej objęła mnie rękami wtulając swoją głowę w moją klatkę piersiową.
  - Powiedz mi jak przestanie ją obejmować. - powiedziała w moją bluzę.
  - Jasne. - zwróciłem się do niej, a następnie przekierowałem całą swoją uwagę na Justina, trzęsącego się ze złości i zazdrości o swoją "kaczuszkę".
  - Odłożę twoją kaczuszkę na miejsce, jeżeli ty odłożysz moją. - zwróciłem się do niego z wyniosłą miną.
  - Nie chcę jej budzić, poza tym tak jest jej wygodniej niż gdyby miała spać na tych twardych siedzeniach. - zaprotestował Justin, ale widziałem po nim, że nie będzie się długo ze mną targował i już za chwilę zgodzi się na moje warunki. Jednak na wszelki wypadek, użyłem starej, sprawdzonej metody szantażu woląc zachować dodatkową pewność.
  - Cóż w przypadku takiego obrotu spraw możesz pożegnać się z tym, że odłożę twoją ukochana Kate. Mianowicie jest tylko jeden sposób na żebym przestał ją obejmować, który przedstawiłem ci przed chwilą.
  - Kate nie śpi, to jest twój głupi plan zemsty, bo jesteś zazdrosny o Lucy.
  - Być może, ale to nie zmienia faktu, że ty jesteś zazdrosny o Kate.
  - Dobra, umowa stoi.
   Justin nareszcie dał za wygraną. Ostrożnie zdjął Lucy ze swoich kolan, a ja zgodnie z umową odsunąłem od siebie Kate ku zadowoleniu nas oboje. Jej perfumy powoli zaczynały odbierać mi zmysł węchu.
   Na całe szczęście Kate postanowiła kontynuować sen do samego końca lotu przez co mogę powiedzieć, że podróż minęła mi spokojnie. Obsługa samolotowej kuchni nie pozostawiała wiele do życzenia, dlatego lotnisko opuściłem w pełni najedzony.
   Do hotelu dojechaliśmy dwoma taksówkami. Jedną zajmowali Justin razem z Kate, natomiast drugą ja, Lucy, Lily oraz Liam. Przez część drogi żartowałem razem z Liamem, a Lucy i Lily postanowiły dyskutować na temat sklepów w Austrii i podziwiały jakie wszystko jest tu piękne, choć osobiście sądzę, że śnieg jest ten sam a jedyną różnicą między Austrią a Anglią to szyldy z niemieckimi napisami. W końcu gdy budynek z nazwą naszego hotelu zaczynał się wyłaniać dziewczyny wpadły w całkowity zachwyt czego również nie rozumiałem. Przecież to tylko hotel i tak nie będziemy spędzać tam dużo czasu.
   - Wezmę twoją walizkę, Lucy. - zaoferowałem się, kiedy tylko taksówkarz otworzył bagażnik. Lucy uśmiechnęła się i podziękowała mi, a później odwróciła głowę w kierunku pokaźnych rozmiarów hotelu.
  - Naprawdę nie mogę uwierzyć w to, że będziemy tu mieszkać. - powiedziała patrząc z zachwytem na budynek.
  - Tak, jest bardzo ładny, wiem. - odparłem ciągnąc dwie walizki po zaśnieżonych drogach. W tym roku śniegu jest tu więcej niż w naszym kraju, ale to bardzo dobrze zważając na fakt, że przez większość dnia będziemy jeździć na nartach. Nie mogę doczekać się tego, kiedy będę mógł uczyć Lucy na nich jeździć. To będzie bardzo dobry pretekst do tego, żeby dotknąć ją gdzieniegdzie. W końcu jestem tylko facetem i mam swój własny tok myślenia, a jej ciało aż prosi o to, żeby je dotknąć  i trochę popieścić.
  - Guten Morgen *. - rzuciłem kiedy wkroczyliśmy do recepcji. Recepcjonistka - drobna blondynka o niebieskich oczach uśmiechnęła się do nas przyjaźnie i natychmiast zaczęła szukać w komputerze naszej rezerwacji. Oczywiście, nie miałem wątpliwości co do tego, że od razu mnie rozpoznała i nawet nie musiałem podawać jej swojego nazwiska, by po chwili usłyszeć jak oznajmia, że pięć zarezerwowanych pokoi są już dla nas przygotowane.
  - Pięć? - Lucy spojrzała na mnie spod uniesionych brwi. - Odwołałeś rezerwację na mnie?
   Nadszedł więc moment, w którym Lucy miała się dowiedzieć prawdy. Jasnym jest chyba to, że nie mogłem jej powiedzieć o tym, że dokonałem rezerwacji na pięć pokoi z czego jeden jest dwuosobowy, oczywiście dla nas. Stwierdziłem, że skoro spaliśmy już w jednym łóżku kilka razy, nie będzie problemu z tym, żebyśmy i teraz spali razem.
  - Nic nie odwołałem. Miejsc jest na sześć osób. - powiedziałem starając uspokoić się głosem szatynkę, która powoli zaczynała się denerwować.
   Recepcjonistka spojrzała na nas niepewnie, spoglądając jednocześnie w monitor komputera.
  - W moich danych jest napisane, że rezerwacja została dokonana na cztery pokoje jednoosobowe oraz jeden dwuosobowy na nazwisko Tomlinson, czy coś się nie zgadza? - spytała po angielsku.
  - Nie, wszystko jest w porządku. - odpowiedziałem siląc się na uśmiech. - Chodź Lucy, potem ci wszystko wytłumaczę. - zwróciłem się do dziewczyny,  która zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że właśnie została skazana na sześć nocy przespanych ze mną w jednym pokoju oraz jednym łóżku. Potwierdzeniem jej przypuszczeń było to, gdy każde z naszych przyjaciół odebrało kluczyk do swojego pokoju, a ostatni klucz z napisem 209 zabrałem ja kierując się z walizkami do jednej z dużych wind.
  - Ale się wpakowałeś Louis. - zaśmiał się Liam, ciągnąc swoją walizkę.
  - Zamknij się. - syknąłem mocniej zaciskając dłoń na rączce walizki Lucy i naciskając guzik przywołujący windę.
  - Dobranoc wam, śpijcie oboje dobrze. - dodał Justin zwijając się ze śmiechu razem z Liamem. Czasami  nie wierze, że te dwa półgłówki, które zamiast mi pomóc złagodzić sytuację poszturchują się teraz nawzajem.
  - Chyba musisz mi coś wyjaśnić, Louis. - wysyczała przez zaciśnięte zęby Lucy. Teraz byłem pewien, że jest na mnie zła. Nawet bardzo zła, dlatego już szykowałem się na wojnę, kiedy tylko znajdziemy się sami.
  - Wszystko ci powiem jak będziemy w pokoju, - odparłem odciągając mój zbliżający się koniec na jak najdalej w czasie.
   Lucy niechętnie zgodziła się na moją propozycję, w w zasadzie to prośbę wchodząc do przestronnej windy i naciskając guzik z wygrawerowaną na złoto (tak jak większość rzeczy w tym hotelu) trójką. Gdy tylko znaleźliśmy się w środku równie dużego i pięknie ozdobionego pokoju zaczęły się pierwsze krzyki.
  - Jakim prawem rezerwujesz pokój na nas oboje bez pytania mnie o zdanie!? - krzyknęła zabierając ode mnie ze złością swoją walizkę i odstawiając ją w kąt.
  - Wiedziałem, że się nie zgodzisz, a tak nie masz już wyboru, wszystkie pokoje są już zajęte to bardzo popularny hotel, więc wszyscy rezerwują pokoje tutaj.
  - Nie problemu, mogę zawsze przenieść się do innego hotelu. - odparła nadal wściekła.
  - Nie masz pieniędzy, a poza tym dopiero co przylecieliśmy nie będziesz chodziła o siódmej rano, po nieprzespanej nocy szukając hotelu.
  - Moimi pieniędzmi już się nie przejmuj, a co do drugiego twojego stwierdzenia mogę nawet nie spać dwie noce.
   Przewróciłem oczami.
  - Uspokój się, jesteś teraz zmęczona, połóżmy się do łóżka. - powiedziałem starając się zdjąć z niej płaszcz, który nadal miała na sobie, jednak natychmiast mnie od siebie odepchnęła. Poważnie zaczęło robić się wtedy, kiedy chwyciła za swoją walizkę, a następnie za klamkę z zamiarem opuszczenia naszego wspólnego pokoju. W tym wypadku musiałem zacząć działać. Szukanie wolnego hotelu w okresie ferii i to na dodatek wcześnie rano, kiedy słońce nie zdążyło jeszcze wstać i na zewnątrz panował półmrok byłoby kompletnym szaleństwem, dlatego położyłem swoją dłoń na dłoni Lucy, która już trzymała klamkę i odciągnąłem ją drugą ręka przytrzymując ją w jej wąskiej talii.
  - Puść mnie! - oburzyła się, próbując wydostać się z mojego silnego uścisku, jednak jej siły zdały się na marne, Miałem nad nią znaczną przewagę i nawet gdyby użył całej swojej siły, jej drobne ciało nie byłoby w stanie się uwolnić.
  - Teraz pójdziesz ze mną grzecznie do łóżka, a jak się już wyśpimy porozmawiamy na spokojnie, bez niepotrzebnych nerwów. - oświadczyłem zachowując stanowczy ton głosu, który nieco uspokoił Lucy i po chwili przestała się ze mną szarpać poddając się mojej woli.
   Kiedy usiadła już na wielkim, małżeńskim łóżku, które z łatwością mogłoby zmieścić co najmniej pięć osób, pozwoliła mi na zdjęcie z niej grubego czarnego płaszcza, który następnie odwiesiłem razem z moją kurtką, którą zdjąłem z siebie idąc w stronę wieszaków. Gdy wróciłem do niej jej twarz wyrażała kompletny spokój, a jedyne co kazała mi zrobić to przynieść jej walizkę i wyciągnąć z niej piżamę. Zrobiłem to bez żadnych protestów obawiając się, że w przeciwieństwie jeśli tego nie zrobię spotka mnie jej kolejna nerwowa jej reakcja, na co wolałem się więcej nie narażać. Gniew rozwścieczonej kobiety jest naprawdę straszny.
   Przytaszczyłem więc posłusznie jej walizkę z małego holu i otworzyłem ją przed nią szukając w stercie ubrań czegoś co mogłoby być piżamą.
  - Czy to ta? - zapytałem pokazując dwuczęściowe przebranie o jedwabistym różowym materiale z koronkowymi wykończeniami.
  - Tak, ta. - odpowiedziała, zabierając mi z ręki ubranie. - Pójdę się przebrać do łazienki, wyjmij mi jeszcze tylko z łaski swojej płyn do demakijażu i paczkę wacików z bocznej kieszeni.
   To polecenie również wykonałem, tym razem bez większego problemu. Zapamiętałem wygląd płynu do zmywania makijażu jeszcze z czasów, gdy mieszkałem z moją siostrą i mamą. W naszej łazience zawsze stały co najmniej dwa takie płyny, a ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć po co ładne kobiety się malują skoro nawet bez makijażu są ładne.
   Kiedy Lucy zniknęła za drzwiami łazienki, sam postanowiłem również przygotować się do spania zdejmując z siebie ubrania i pozostając tylko w samych bokserkach. Nieprzespana noc dawała mi się coraz mocniej we znaki, oczy zaczynały mi się same zamykać, a mózg wołał o choćby najmniejszą dawkę snu, dlatego takie rzeczy jak mycie i ogólna higiena osobista nie były mi teraz w głowie. Zmęczony położyłem się do wielkiego łóżka naciągając na siebie puchatą, białą kołdrę i czekałem na Lucy. Nie zamierzałem zasnąć bez niej, bo w końcu nie po to rezerwowałem nam wspólny pokój za jej plecami, żeby teraz zasnąć bez niej obok, nie czując jej ciała blisko swojego i jej głowy ułożonej na moim torsie.
   W końcu wyszła z łazienki gasząc za sobą światło. Miała na sobie tylko różową piżamkę, której szukałem dla niej w jej walizce jeszcze kilka minut temu, ale nie wiedziałem, że będzie w niej wyglądać tak cholernie seksownie.
  - Przesuń się, to będzie moja połowa. - powiedziała twardo, a po chwili położyła się obok mnie. Z jednej strony miałem nieodpartą ochotę jej objęcia, jednak z drugiej cały czas pamiętałem jej stan wściekłości na samym początku, dlatego dla własnego bezpieczeństwa postanowiłem nie naruszać jej przestrzeni i po prostu leżeć na swojej połowie, co było dla mnie niezwykle trudne.
  - No na co czekasz? - zapytała odwracając się w moją stronę ze zmęczonym wzrokiem.
  - Nie rozumiem... - zacząłem rozważając wszystkie myśli, który mogły chodzić w tej chwili po głowie Lucy. Naprawdę teraz nie miałem pojęcia o co może jej chodzić.
  - Zawsze mnie obejmowałeś, kiedy spaliśmy razem. - wytłumaczyła, a na jej twarz zaczęła wchodzić niepewność. - Zresztą nieważne. - dodała szybko odwracając się do mnie plecami, na co od razu zareagowałem, przyciągając ją do siebie.
  - Wolałem cię już nie denerwować. Pomyślałem, że mnie odepchniesz i zrobisz kolejną awanturę więc wolałem nie ryzykować. - tym razem to ja zacząłem się tłumaczyć z wielka ulgą i zadowoleniem z faktu, że mogę objąć Lucy, a na dodatek ona sama mi na to pozwoliła. Tak jak się tego spodziewałem i tak jak tego chciałem położyła na mnie swoją głowę, a rękami objęła mnie za biodra. To była zdecydowanie moja ulubiona pozycja do spania.
  - Rzeczywiście dziś mnie trochę zdenerwowałeś, ale zawsze chcę, żebyś mnie przytulał. Tylko wtedy czuję się bezpiecznie.
  - Naprawdę? - spytałem, a rozkoszny uśmiech zaczął samoistnie wchodzić na moją twarz. Czułem się bardzo dobrze z tym co powiedziała. Wręcz dumny z siebie, a moje męskie ego podniosło się wraz z poczuciem męskiej siły. - To dlaczego dzisiaj przytulałaś się do Justina? - podjąłem nowy temat szybko przypominając sobie o wydarzeniach z lotu samolotem.
  - Czyżbyś był zazdrosny? - Lucy pociągnęła temat dalej z uśmiechem na ustach. Była tym rozbawiona chociaż ja nie byłem do końca szczęśliwy, kiedy musiałem targować się z przyjacielem o nią, jak starsze panie o karpie w marketach na święta.
  - Nie byłem zazdrosny, po prostu uważałem, że...
  - Że nie mogę zasnąć na nikim innym niż na tobie?
  - Właśnie, a to już jest różnica. - wyszczerzyłem się, składając na ustach Lucy krótki pocałunek. Oddała mi go, jednak z widocznym zmęczeniem, dlatego po chwili jej oczy się zamknęły, a ona sama wtuliła się bardziej w moje ciało zasypiając. Chwile po niej, zasnąłem też ja, szepcząc na koniec cicho do jej ucha słowo Dobranoc.
  Następny rozdział: 31 stycznia.

   

wtorek, 20 grudnia 2016

Rozdział 19

*Lucy*
   Powoli zaczynały zbliżać się urodziny Kate. W zasadzie jej impreza urodzinowa miała odbyć się już jutro - 13 lutego, chociaż prawdziwa data jej urodzin to 16 lutego, ale niestety w tym dniu nie przypada żaden wolny dzień, dlatego impreza miała się odbyć właśnie w tym dniu. Oczywiście jako osoba towarzysząca idzie ze mną Louis, który stwierdził, że i tak wszyscy zapomną u kogo jest impreza więc co mu szkodzi, a dodatkowo zobowiązał się odebrać mnie ze szkoły i wspólnie z Lily, Liamem i Justinem mamy jechać do galerii, żeby wybrać prezent dla Kate. Co do jego propozycji wspólnego wyjazdu do Austrii... cóż można powiedzieć, że zmieniłam swoje zdanie i zdecydowałam, się pojechać. Moja mama rozmawiała z Louisem przed naszą bramą o czym dowiedziałam się od razu, kiedy wkroczyła do domu krzycząc do mnie z holu, o czym z nim rozmawiała i mówiąc mi, że już się zgodziła i wszystko mi zapłaci. Nie protestowałam z tego powodu, bo w zasadzie bardzo chciałam z nim jechać, a dodatkowo będę mogła pilnować, żeby nie wydrapali sobie wzajemnie z Kate oczu.
   Godzinę później odebrałam telefon od Louisa, w którym radośnie oświadczył, że zrobił już rezerwację biletów do Austrii na sześć osób oraz zarezerwował pokoje hotelowe w pięcio gwiazdkowym hotelu z bliskim dojściem do stoku narciarskiego. Hotel wydaje się zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz bardzo ładny i luksusowy, dlatego byłam pełna wątpliwości czy aby na pewno moja mama da radę za to zapłacić, jednak po dziesiątym potwierdzeniu z jej strony doszłam do wniosku, że nie ma sensu dalej o to pytać.
   W chwili obecnej kierowałam się prosto z szatni schodami na górę pod salę 121, gdzie za pięć minut miałam mieć lekcje literatury angielskiej. Czarna torba zawieszona na moim ramieniu była dzisiaj wyjątkowo lekka, a ja byłam bardzo zadowolona bo dzisiejszy dzień zapowiadał się znakomicie. Już od dawna chciałam bliżej poznać dwóch najlepszych przyjaciół Louisa, a dodatkowo sprawdzić czy są tak cudowni i wspaniali jak opowiadają mi Kate i Lily. Widziałam ich już jakiś czas temu, a w tamtejszych okolicznościach nie mieliśmy okazji trochę więcej ze sobą porozmawiać i bliżej się poznać.
  - Hej Lucy. - przywitało się ze mną kilka dziewczyn czekających już pod salą.
  - Hej. - odpowiedziałam, posyłając im krótki uśmiech.
  - Słyszałaś już o nowym praktykancie w naszej szkole? - zagadała mnie Megan - jedna ze szkolnych jak ja to nazywam "pudernic".
  - Nie, kto to jest?
  - Jeszcze nie wiem. Dziewczyny z drużyny cheerleaderek podsłuchały jak rozmawiał z Hetfieldem. Podobno będzie uczył damską drużynę w-fu i jest mega przystojny. Już nie mogę doczekać się, kiedy go zobaczę. - zapiszczała Megan.
   Wzruszyłam tylko ramionami i wyminęłam ją kierując się w stronę Cassie. Byłam ciekawa czy ona również słyszała już o seksownym praktykancie. Swoją drogą, też byłam ciekawa czy naprawdę jest taki przystojny jak mówią dziewczyny. Wiedziałam, że koniecznie muszę powiedzieć o tym Kate i Lily chociaż one prawdopodobnie już to wiedzą. Kate ma mnóstwo swoich informatorów, a Lily wie o każdej plotce w tej szkole. Niektóre nawet sama roznosiła.
   Nie zdążyłam jednak dokończyć rozmowę z Cass, ponieważ przerwał nam głośny dzwonek na lekcje, a po chwili pan Diaz wpuścił nas do sali. Przez całą lekcję omawialiśmy "Wichrowe wzgórza" , które bynajmniej nie były moją ulubioną książka, a podczas jej czytania musiałam robić sobie przerwy, żeby nie zasnąć, jednak nie wyraziłam głośno swojej prawdziwej opinii o tej powieści, gdyż jestem pewna, że panu Diazowi niespecjalnie by się ona spodobała.
   Po czterech godzinach lekcyjnych nastał czas na wychowanie fizyczne. Ciekawość o wygląd nowego praktykanta wprost zżerała mnie od środka. Razem z Cassie, szłam pod salę 108 na pierwszym piętrze, gdzie klasa Kate i Lily miały razem zastępstwo. W międzyczasie poczułam jak telefon w kieszeni moich jeansów wibruje, a po wyjęciu go na moich ustach od razu pojawił się uśmiech. Na ekranie widniała wiadomość od Louisa.

  ,, Jaką masz teraz lekcję, skarbie?"

  ,, Skarbie? Haha, od kiedy mnie tak nazywasz? Mam teraz w-f z nowym, przystojnym praktykantem, chcesz wpaść i też na niego popatrzeć?"

Odpisałam od razu, przez cały czas uśmiechając się do ekranu telefonu. Odpowiedź od Louisa przyszłą równie szybko, jak ta wysłana do niego przeze mnie.

,, Od teraz i możesz zacząć się do tego przyzwyczajać, bo będę cię już nazywał tak zawsze xx. A co do twojej propozycji, chętnie wpadnę, ale nie dlatego, żeby popatrzeć na tego kolesia. I tak pewnie w niczym nie może dorównać mi. Będę za niedługo"

   Po odczytaniu ostatniej wiadomości schowałam telefon ruszając w kierunku Kate i Lily, które już po chwili wyszły z sali zawzięcie o czymś ze sobą rozmawiając.
  - Słyszałyście o tym seksownym praktykancie?! - wykrzyknęła od razu Lily, kiedy razem z Kate stanęły obok nas.
  - Cała szkoła już o tym plotkuje. To znaczy tylko dziewczyny, chłopców chyba nie bardzo to obchodzi. - zaśmiała się Cassie.
  - Chyba, że któryś z nich jest gejem. - dodała Kate spoglądając ukosem na Jake Steela z pierwszej klasy, którego wszyscy widzieli na początku roku szkolnego, gdy całował się z jakimś drugim chłopakiem w męskiej toalecie. Pech chciał, że drzwi były uchylone, a para całuśników zapomniała je zamknąć. Przez prawie dwa tygodnie cała szkoła żyła tym wydarzeniem, a Jake ze wstydu nie przychodził do szkoły.
   Niespiesznym krokiem zaczęłyśmy iść w kierunku szatni przez cały czas wymieniając swoje zdania na temat praktykanta. Z jednej strony teoretycznie spotykałam się już z Louisem, ale przecież nie jestem lesbijką, więc chyba wolno mi cieszyć się z przystojnego nauczyciela. W końcu i tak nie będę go podrywać, ani on mnie , więc nasze relacje zakończą się na uczennica - nauczyciel i niczym więcej.
  - Nie przebierasz się? - zapytałam Kate, kiedy usiadła na jednej z ławek ustawionych w damskiej szatni, wyjmując swój telefon i nie wyglądając na osobę z zamiarem przebrania się.
  - Nie. Napisałam sobie zwolnienie z w-f, nie mam ochoty dzisiaj ćwiczyć. - wzruszyła ramionami i zaczęła pisać coś zawzięcie na różowym iPhonie. Podejrzewałam, że znowu pisze do Justina. Ostatnio piszą ze sobą przez cały czas, a ona uśmiechała się za każdym razem do ekranu zupełnie tak jak ja, gdy piszę z Louisem.
  - Nie boisz się, że ten koleś się zorientuje? - odezwała się Lily, zakładając szary podkoszulek przez głowę.
  - Niby jak? Jest nowy Nie zna charakteru pisma mojej mamy, ani mojego, a poza tym do tej pory już nie raz podrabiałam sobie zwolnienia i usprawiedliwienia. Kilka razy nawet podpisywałam się nazwiskiem Zayna. - uśmiechnęła się zadowolona chowając urządzenie na dźwięk dzwonka.
   Wszystkie dziewczyny wyszły z szatni ani na chwilę nie przestając między sobą podniecone, szeptać. Mi, Cassie, Lily i Kate również się udzielał się ten nastrój, dlatego wyszłyśmy przed szereg oczekując na przyjście praktykanta. Nagle Kate cofnęła się z przerażeniem i zatkała usta dłonią.
  - Jasna cholera, dlaczego mi nie powiedział... - wyszeptała ukrywając się za moimi plecami. Już po chwili zrozumiałam jej przerażenie. Nowym, seksownym praktykantem był jej przyrodni brat - Zayn.
   Dziewczyny zaczęły piszczeć cicho z zachwycenia, a ja i Lily stałyśmy odrobinę zażenowane tuż przed Zaynem. W końcu to trochę niecodzienne, kiedy dowiadujesz się, że przez najbliższe lekcje twoim nauczycielem wfu będzie brat twojej najlepszej przyjaciółki, który odwozi cię czasami do szkoły, a nawet wypłakuje ci się na ramieniu przed gabinetem dyrektora po kłótni z siostrą. Kate powoli wyłoniła się zza moich pleców starając się niezauważalnie uciec na sam koniec, jednak jej plan nie powiódł się, gdyż Zayn złapał ją za ramię przyciągając z powrotem na swoje miejsce.
  - Nie uciekniesz, siostrzyczko. Widziałem twoje zwolnienie, które zostawiłaś w kantorku chyba nie jest prawdziwe, co? - powiedział cicho, uśmiechając się złośliwie.
  - Dlaczego mi nie powiedziałeś, że będziesz miał praktyki w mojej szkole?! - zapytała wściekłym szeptem Kate.
  - Dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj, a poza tym chciałem zobaczyć twoja reakcję. Teraz będę mógł cię kontrolować, cieszysz się? - zapytał z sarkastycznym uśmiechem. Widocznie był bardzo rozśmieszony złością swojej siostry, kiedy jej kompletnie nie było do śmiechu. - A terasz szoruj do szatni i przebieraj się w strój do ćwiczeń. Nie przyjmuję twojego zwolnienia.
  - Nie ma mowy, nie mam zamiaru ćwiczyć ani ci się podporządkowywać. - Kate zacisnęła usta w wąską linię, a następnie zacisnęła dłonie w pięści. Przyznam szczerze, że powoli cała ta zaistniała sytuacja zaczęła mnie bawić. Wiedziałam, że moja przyjaciółka nie jest osobą, która z chęcią podporządkowuje się jakimkolwiek zakazom i nakazom, a szczególnie ze strony swojego starszego brata. To raczej ona zwykle nim rządziła i manipulowała, więc śmiesznie będzie oglądać gdy role się odwracają.
  - Albo to zrobisz, albo pokażę twoje zwolnienie mamie, która rzekomo ci to napisała, a dodatkowo będziesz sprzątała mój pokój przez tydzień. Uwierz mi, że jest tam większy bałagan niż u ciebie.
  - Nienawidzę cię. - wyszeptała Kate uderzając brata pięścią w ramię. Ból jednak nie był chyba o zbytnio natężonej sile, ponieważ Zayn nawet nie drgnął, a tylko uśmiechnął się z zadowoleniem.
   - Mogę prosić o ciszę?! - krzyknął próbując uciszyć rozgadane dziewczyny, kiedy tylko Kate odeszła tupiąc ze złością obcasami swoich botków. Dziewczyny, na dźwięk jego głosu od razu zamilkły jak zaczarowane i skupiły swój wzrok na Zaynie, wpatrując się w niego jak w obrazek. - Zanim zaczniemy lekcję, chciałbym się wam przedstawić. Nazywam się Zayn Malik, jestem studentem ostatniego roku na Akademii wychowania fizycznego i będę waszym trenerem w ramach praktyk studenckich. Mam nadzieję, że dobrze nam się będzie pracować i nie będzie żadnych problemów. Czy ktoś ma jakieś pytania?
   Z tyłu rękę podniosła Megan, która była najbardziej zafascynowana Zaynem, do tego stopnia, że na ostatniej przerwie przez calutkie 15 minut poprawiała swój makijaż, a później podwijała swoją i tak krótką bluzkę tak, żeby odsłonić jak najwięcej ciała. Chyba nie wiedziała, że Zayn ma już dziewczynę i bynajmniej nie zamierza z nią zrywać.
  - Jak długo będziesz w naszej szkole? - spytała trzepocząc swoimi długimi rzęsami.
  - Do końca marca i jeszcze jedna rzecz, o którą chcę was prosić. Wiem, że jestem od was niewiele starszy, ale proszę, żebyście zwracali się do mnie na terenie szkoły ''trenerze". Takie są zasady regulaminu szkoły. Poza szkołą możecie mi mówić po imieniu, dobrze?
  - Tak, trenerze. - pokiwały głowami zawiedzione dziewczyny. Niektóre z nich wywróciły teatralnie oczami również wyrażając swoją niechęć do zasady Zayna, ale pokiwały posłusznie głowami. - A teraz zapraszam was na salę, jeżeli to koniec pytań.- powiedział otwierając kluczem zawieszonym na szyi białe drzwi i wpuszczając całą grupę do środka.
   - Na rozgrzewkę pięć okrążeń. - ogłosił, gdy zza jego pleców wyszła Kate przebrana w swój strój. Już dawno nie widziałam jej ćwiczącej tak samo jak dawno nie widziałam jej w dresach. Jej mina nie była zbyt ciekawa. Z jej twarzy można było wyczytać, że z chęcią zabiłaby w tym momencie swojego brata, ale nic do niego nie powiedziała, tylko ruszyła przed siebie biegiem.
  - Zayn, mam do ciebie pytanie. - oświadczyłam oddalając się od reszty i idąc w kierunku bruneta opartego o parapet. Stwierdziłam, że skoro już się znamy, zasada zwracania się do niego "trenerze" mnie nie obowiązuje, a Zayn stwierdził najwyraźniej to samo, bo nie upomniał mnie o to. Podniósł tylko głowę i zwrócił swój wzrok na mnie.
  - Słucham, Lucy?
  - Skąd znasz moje imię?
   Zayn wywrócił oczami kręcąc jednocześnie głową.
  - Masz na czole napisane, wiesz? Dobrze, jakie jest twoje pytanie?
  - Mogę nie biegać? Od biegów dostaje później zakwasów w nogach. - westchnęłam masując swoje łydki dla ulepszenia efektu.
  - Ależ oczywiście...że nie. Nawet moja siostra biega, a ona nie potrafi nawet podbiec do autobusu dlatego między innymi ją wszędzie wożę i ciebie przy okazji też. Trochę sportu wam nie zaszkodzi, więc idź i biegaj.
  - No ale Zayn, myślałam, że się lubimy... - próbowałam dalej ciągnąć dyskusję.
  - Już! - krzyknął przykładając do ust niebieski gwizdek i dmuchając w niego mocno, na skutek czego po sali rozległ się ogłuszający gwizd. Wzdrygnęłam się i zastraszona gwizdkiem ruszyłam, biegać przyłączając się do Lily, Kate i Cassie biegających razem.
*Louis*
   Kiedy po kilkunastu minutach dotarłem do szkoły Lucy nareszcie poczułem ciepło. Zaparkowałem swój samochód dalej od szkoły, dlatego kawałek drogi musiałem pokonać na własnych nogach podczas, gdy śnieg mnie nie oszczędzał i prószył mi prosto w twarz. Zaprószony śniegiem i zziębnięty zacząłem iść szkolnymi korytarzami próbując odszukać salę gimnastyczną. Wreszcie po kilkuminutowym rozglądaniu się dookoła siebie dostrzegłem, duże, białe drzwi, które zapewne były moimi wrotami do Lucy, dlatego wszedłem swobodnie do środka.
   Nie myliłem się. Gdy tylko przekroczyłem próg, powitały mnie dźwięki odbijanych piłek i gwizd gwizdka trenera - praktykanta. Jako mężczyzna mogę powiedzieć, że nie był zły pod względem wyglądu. Był mniej więcej mojego wzrostu, dobrze ubrany, z lekkim zarostem na twarzy i ciemnymi włosami postawionymi do góry. Podszedłem bliżej niego chcąc wyłapać wzrokiem Lucy. Zauważyłem ją odbijającą piłkę do blondynki. Szybko rozpoznałem w niej Lily. Znalazłem wzrokiem również Kate, która grała razem z jakąś drugą brunetką, chociaż bardziej prowadziła z nią ona rozmowę niż odbijała piłkę.
  - Kate miałyście grać, a nie rozmawiać! - krzyknął praktykant i pokręcił głową. Kilka dziewczyn popatrzyło na mnie i zaczęły szeptać między sobą podnieconymi głosami. To zwróciło na mnie również uwagę praktykanta, który uciszył gestem rozgadaną grupę i podszedł do mnie bliżej.
  - Witam, pan tutaj... - zaczął, jednak przerwałem mu zanim zdążył dokończyć swoje zdanie.
  - Przyszedłem po jedną z uczennic. - oświadczyłem.
  - Lucy Swan, jak mniemam?
  - Skąd wiesz? - zdziwiłem się unosząc jedną brew do góry. Automatycznie przeszliśmy ze sobą na ''ty", jednak nie sądzę, żeby było to nie odpowiednie, ponieważ myślę, że jesteśmy do siebie podobni wiekowo.
  - Ah, moja siostra mi mówiła, że się spotykacie. Przyjaźni się z Lucy już od kilku lat. - wyjaśnił praktykant. - Tak poza tym, powinienem ci się przedstawić. Zayn Malik. - powiedział i wyciągnął do mnie rękę uśmiechając się przyjaźnie. Szczerze myślałem, że ten koleś nie jest zbyt sympatyczny. Może i był całkiem przystojny, ale na pierwszy rzut oka wyglądał mi na typowego seryjnego mordercę z zarostem, poszukiwanego przez FBI. Okazało się jednak, że jest zupełnie niegroźny, a przynajmniej na takiego mi się teraz wydawał.
  - Louis...
  - Nie musisz mówić, wiem kim jesteś i jak się nazywasz. Jako student a-wfu jestem fanem sportu. - ponownie się do mnie uśmiechnął. Zacząłem się do niego coraz bardziej przekonywać. Czułem, że może moglibyśmy się nawet zakumplować. Swoją drogą ma ciekawe nazwisko, a imię "Zayn" już chyba od kogoś słyszałem. Jestem pewien, że ma inne pochodzenie. Na pewno któreś z jego rodziców pochodzi krajów arabskich. Wywnioskowałem to po jego nazwisku i oliwkowej karnacji. Gdyby był zwykłym Brytyjczykiem na pewno by takiej nie miał.
  - Jak nazywa się twoja siostra? - zapytałem zaciekawiony odchodząc z Zaynem z dala od latających piłek.
  - Kurwa! - usłyszeliśmy pisk którejś z dziewcząt. Oboje się odwróciliśmy, a pisk okazał się pochodzić od Lucy, która trzymała się za głowę i rozmasowywała bolące miejsce. Przekleństwo w jej ustach brzmiało trochę dziwnie, ale cholera nie powiem... nie wiem dlaczego,ale podniecało mnie to.
  - Lucy, nie przeklinamy na sali! - krzyknął do niej Zayn i zagwizdał gwizdkiem przewieszonym razem z pękiem kluczy na swojej szyi.
  - Przepraszam. - zwrócił się ponownie do mnie. - Jakie zadałeś mi wcześniej pytanie?
  - Zapytałem cię, jak się nazywa twoja siostra.
  - Kate Parker, znasz ją chyba. - i wtedy właśnie przypomniało mi się gdzie wcześniej słyszałem imię Zayn. Lucy go użyła, gdy rozmawiała z Lily przez telefon, a później powiedziała mi, że Zayn jest przyrodnim bratem Kate. Gdybym wiedział o tym od początku prawdopodobnie nabrałbym do niego uprzedzenia już na samym początku rozmowy, jednak zdążyłem już z nim porozmawiać i nie wydawał mi się bynajmniej być jak jego okropna siostra. Miałem nadzieję, że tak już zostanie i postanowiłem nie zniechęcać się do niego tylko przez powiązanie z Kate.
   Tymczasem Lucy, nadal trzymała się za głowę i przestała odbijać piłkę do Lily. Po jej minie można było wywnioskować, że uderzenie było dosyć silne, dlatego odrobinę mnie to zaniepokoiło.
  - Zayn, myślę, że Lucy dostała za mocno tą piłką w głowę. - oświadczyłem przez cały czas obserwując szatynkę.
  - Też tak myślę. - pokiwał głową, a potem zawołał Lucy mówiąc jej, żeby do niego podeszła.
  - Bardzo boli cię ta głowa? - zapytał, kiedy do nas podbiegła.
  - Nie. W zasadzie to nic poważnego. - pokręciła głową Lucy patrząc przez chwilę na Zayna, a następnie przekierowując swój wzrok na moją osobę. Jej pomalowane na różowo usta od razu się uśmiechnęły, a zielone oczy wesoło zabłyszczały. Wiedziałem, że ma ochotę mnie pocałować, a ja odwzajemniałem tę ochotę, jednak jedyną osobą, która nam w tym przeszkadzała był mój nowy towarzysz Zayn. Omiotłem więc wzrokiem otoczenie dookoła poszukując wymówki, żeby musiał gdzieś pójść i jak na zawołanie w oczy rzuciła mi się jego siostrzyczka, która po cichu próbowała uciec z sali razem ze swoją koleżanką.
  - Chyba twoja siostra próbuje uciec z lekcji. - zawiadomiłem Zayna i trąciłem go lekko łokciem w żebra. Brunet od raza na to zareagował i ruszył w kierunku dwóch niedoszłych uciekinierek gwiżdżąc  na nie swoim gwizdkiem. Myślę, że zdecydowanie go nadużywał, jednak było to już dla mnie nieistotne. Wreszcie mogłem zrobić to na co obydwoje z Lucy mieliśmy ochotę. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem ją przeciągle, zwinnie wślizgując do jej ust swój język. Gdy już się od siebie oderwaliśmy, złożyłem na jej ustach jeszcze jeden, krótki pocałunek i włożyłem kosmyk jej kasztanowych włosów za ucho.
  - Seksownie wyglądasz w tych opinających spodenkach. - powiedziałem spoglądając na krótkie, obcisłe, szorty Lucy, idealnie eksponujące jej tyłek. Przysięgam, że gdybyśmy byli teraz sami rzuciłbym się na nią jak dzikie zwierzę.
  - Więc przyszedłeś tutaj tylko po to, żeby pooglądać sobie moją dupę? - zapytała patrząc na mnie badawczo spod grubych, czarnych rzęs.
  - Oczywiście, że nie. Przyszedłem również po to, żeby zobaczyć jak ćwiczysz na lekcjach tego twojego przystojnego praktykanta, jak sama mi go opisałaś. - przypomniałem jej.
  - Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to brat Kate. - wytłumaczyła - Ale gdyby nie fakt, że jest jej bratem i ma dziewczynę, myślę, że bym się za nim oglądała. Jest naprawdę, całkiem przystojny. - wzruszyła ramionami ukrywając swój uśmiech.
 - Jestem od niego sto razy lepszy. - prychnąłem pogardliwie. - Poza tym ja, jestem piłkarzem, a on tylko trenerem licealistek. - dodałem czując, że muszę bronic swojej męskiej dumy.
   Kiedy tylko z ust Lucy wypłynęły te słowa, poczułem się dziwnie. Tak jakby... zazdrosny, a przecież ja nie znam takiego słowa jak zazdrość. Tak czy inaczej, wolałbym, żeby zachowała tę uwagę dla siebie, lub przynajmniej nie wypowiadała jej przy mnie. Nie lubiłem czuć się gorszy ani też zazdrosny. To było dla mnie najgorsze z uczuć jakie mogło istnieć.
  - I spróbujcie tylko jeszcze raz uciec. - dobiegł do mnie ostrzegawczy głos Zayna, który po chwili znów zjawił się przy nas akurat w momencie, gdy Lucy już otwierała usta, żeby coś powiedzieć. - Na szczęście udało mi się je w porę złapać. - oświadczył zadowolony siadając na parapecie. Cała sympatia do tego gościa już ode mnie odeszła. Teraz chętnie przyłożyłbym mu porządnie w szczękę, nawet jeśli jemu nie podoba się moja Lucy i ma tą swoją dziewczynę.
  - Lucy, jeżeli głowa cię już przestała boleć, wracaj proszę do ćwiczeń. - zwrócił się do niej Zayn.
   Lucy pokiwała głową i szybkim krokiem oddaliła się w głąb sali. Ja natomiast zająłem miejsce na parapecie obok Zayna i wyjąłem z kieszeni kurtki telefon, żeby napić smsa do Justina i poinformować go, żeby zebrał swój tyłek i podjechał pod szkołę. Dzwonek miał być już za 15 minut, a ruchy mojego przyjaciela są bardzo powolne.
  - Gdzie jedziecie, jeśli mogę spytać? - zagadał znowu Zayn.
  - Do centrum, po prezent dla Kate. - odpowiedziałem mu, wciąż pisząc wiadomość na telefonie.
  - Czyli ty też będziesz jutro na imprezie?
  - Tak, twoja siostra jest z tego powodu bardzo zadowolona. - zaśmiałem się przypominając sobie reakcję Kate na wieść o tym, że ja również zaszczycę ją swoją obecnością na imprezie. Lucy pomagała jej wtedy w robieniu zakupów potrzebnych do wyżywienia połowy szkoły, którą zaprosiła, a ja stwierdziłem, że trochę im pomogę, więc przyjechałem. Była to dla mnie dobra okazja, żeby spędzić trochę czasu z Lucy, a poza tym bardzo miło jest denerwować dodatkowo osobę, której się nie lubi.
  - Słyszałem od niej, że za tobą nie przepada. Ty za nią chyba też, prawda? Ale szczerze mówiąc rozumiem cię. Wiem, że jest strasznie wredna. - Zayn również się roześmiał. Nie spodziewałem się po nim czegoś takiego. Wiem od Lucy, że jest bardzo zżyty z Kate, dlatego dziwnie było usłyszeć z jego ust coś co nie jest miłym określeniem dla niej.
  - To prawda. Jest okropna, ale ty masz z nią dobry kontakt, więc... trochę dziwne, że ją obrażasz. - powiedziałem zgodnie z prawdą, ciekawy odpowiedzi Zayna.
  - Mnie też czasami wkurza. Kiedy miałem 15 lat, zdenerwowała mnie do takie stopnia, że ukradłem jej hulajnogę i sprzedałem na e-bayu, bo rodzice nie chcieli mi dać więcej kieszonkowego, a ona do tej pory myśli, że zostawiła ją u babci w garażu.
  - Naprawdę? - zapytałem z niedowierzaniem nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.
  - Serio, ale tak poza tym to... bardzo ją kocham. Jest moją siostrą i nie wyobrażam sobie, że mógłbym ją stracić.
    Natychmiast przestałem się śmiać. W głowie odtworzył mi się moment kłótni z Lottie dwa lata temu. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że ją uderzyłem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że ten wypadek, który miała to była tylko moja wina, a ja czułem się przez to jak potwór. Za każdym razem, kiedy odwiedzałem mamę w Londynie pytałem co u mojej siostry i próbowałem się z nią spotkać, jednak ona za każdym razem mi odmawiała. Chciałem poczekać na nią pod jej akademikiem położonym na terenie uczelni Oxford, jednak portier szybko mnie wyprosił, a ja nawet nie zdążyłem zobaczyć twarzy swojej siostry po tak dużym upływie czasu.
  - Louis, czy coś się stało, powiedziałem coś nie tak? - spytał od razu Zayn widząc mój smętny wyraz twarzy, jednak ja w odpowiedzi pokręciłem przeczącą głową siląc się na przyjacielski uśmiech w jego stronę. Nie mogłem mu przecież powiedzieć ,, Tak, Zayn właśnie nieświadomie przypomniałeś mi o tym jak bardzo skrzywdziłem moją ukochaną siostrę". 
   Szybko udało mi się umknąć z sali, kiedy Zayn podszedł w stronę dziewczyn pokazując im kolejne ćwiczenie, które miały wykonać. Jedynym moim pragnieniem było pozostać samemu, żeby móc pozbierać swoje myśli. Czułem jak do oczu napływają mi łzy pod natłokiem natrętnych wspomnień związanych z tragiczną w skutkach kłótnią z Lottie, jednak nie pozwoliłem sobie na płacz na szkolnym korytarzu gdzie za niecałe 10 minut będzie tu pełno nastolatków. Usiadłem na ławce postawionej przy damskiej szatni i wyciągnąłem telefon odczytując sma od Justina.

  ,, Wsiadłem już do auta. Zajadę jeszcze po Liama, żebyśmy nie jechali trzema samochodami, zaraz będziemy pod szkołą, uważaj tylko, żeby Kate się o niczym nie dowiedziała"

,, Oczywiście, twoja księżniczka jest najważniejsza. Zaparkuj przy parku, ja też mam tam samochód. "

  Wywróciłem oczami i schowałem telefon z powrotem do kieszeni. Szczerze miałem dosyć mowy chwalącej Kate wygłaszanej przez Justina za każdym razem kiedy się spotykaliśmy. Nawet Liam, kiedy był chorobliwie zakochany w Lexie, nie mówił o niej aż tak dużo. To powoli zaczynało robić się naprawdę nudne.
  - O mój boże!!! - usłyszałem nad swoją głową dziewczęcy pisk. Podniosłem głowę i spojrzałem ciężko na stojąca nade mną dziewczyną w kręconych, czarnych włosach z różową torebką na ramieniu. Na moje oko miała 16 lat i najprawdopodobniej chodziła do najniższej klasy.
  - Mogę ci w czymś pomóc? - zapytałem odrobinę niegrzecznie, ponieważ naprawdę nie miałem ochoty na żadne rozmowy czy słodkie robienie sobie zdjęć.
  - Nie wierzę Louis Tomlinson w mojej szkole!!! - zapiszczała znowu dziewczyna. - Jestem Miley, i musisz wiedzieć, że jestem twoja wielką fanką. Oglądałam każdy mecz w którym grałeś po kilka razy!
  - Cieszę się... Miley. - odpowiedziałem podnosząc się ze swojego miejsca i próbując szybko zniknąć ze szkoły, jednak Miley okazała się być nieugiętą zawodniczką.
  - Mogłabym dostać twój autograf?
  - No dobrze, daj mi jakąś kartkę. - powiedziałem niechętnie.
   Ucieszona Miley wyciągnęła ze swojej torby zeszyt w miękkiej pomarańczowej okładce i  pospiesznie wyrwała z niego kartkę, a następnie wyjęła z bocznej kieszonki niebieski długopis podając mi go razem z kartką. Napisałem szybko swoje nazwisko i podałem wniebowziętej dziewczynie swój autograf.
  - Nie wiem jak mam ci dziękować! - ponownie zapiszczała.
  - Nie musisz, tylko nie mów nikomu, że tu byłem.
   Słyszałem jak dziewczyna krzyczała jeszcze coś za mną, jednak moim jedynym celem było jak najszybsze dostanie się do wyjścia zanim skończą się lekcje i tłumy nastolatków wyjdą na korytarz. Wtedy z całą pewnością nie udałoby mi się opuścić szkoły w miarę szybkim tempie.
   Po kilkunastu minutach czekania w ciepłym aucie, drzwi od strony pasażera otworzyły się, a miejsce obok mnie zajęła Lucy.
  - Liam i Justin już są? - spytała uśmiechając się wesoło.
  - Musimy na nich chwilę poczekać, Justinowi przebiła się opona. - oświadczyłem z grobową miną.
  - Jesteś na mnie zły? - od razu wychwyciła Lucy. Szczerze miałem nadzieję, że to zauważy. Co jak co, ale moim zdaniem nie powinna mówić przy mnie o tym jaki Zayn jest przystojny, nawet jeżeli nic do niego nie czuje.Oczywiście nie oznacza to, że jestem w jakikolwiek sposób zazdrosny o Lucy. Po prostu uważam, że takie zachowanie jest niewłaściwe.
  - No daj spokój. Przecież wiesz, że Zayn mi się nie podoba. - powiedziała po moim dłuższym milczeniu i położyła swoją dłoń na moim policzku gładząc mnie po nim delikatnie.
  - Nie wiem. - odpowiedziałem sucho odwracając się w stronę okna.
   Lucy automatycznie zabrała swoją dłoń z mojego policzka i kiedy już myślałem, że zrezygnuje ze swoich przekonywań, jej ręka zatrzymała się w miejscu, gdzie zdecydowanie nie powinna się znajdować, jeśli nie chciała, żebym w tym momencie wziął ją na tylnych siedzeniach.
  - Lucy. - powiedziałem ostrzegawczo, kiedy tylko jej ręka zacisnęła się na moim George'u.
  - Słucham, kochanie? - odezwała się się słodko, patrząc na mnie zupełnie niewinnie swoimi zielonymi oczami tak jakby właśnie nie robiła mi dobrze swoją ręką i to w dodatku przez spodnie.
  - Przestań. - powiedziałem, siląc się na poważny ton, jednak nic nie poradzę na to, że to pożądanie przemawiało przeze mnie i już po chwili wciągnąłem szatynkę na swoje kolana błądząc dłońmi pod jej bluzką.
  - Założyłaś koronkową bieliznę? - wychrypiałem w jej usta czując pod palcami koronkowy materiał stanika.
  - Tak. - wyszeptała posyłając mi zalotne spojrzenie. 
  - Pokaż mi. - zażądałem czując jak w moich spodniach robi się coraz mniej miejsca.
   Tak jak powiedziałem tak zrobiła. Lucy powolnymi ruchami ściągnęła z siebie kurtkę, a następnie bluzkę ukazując mi swoje idealne piersi schowane w czerwonym, koronkowym staniku. Gdyby tylko okoliczności były nam bardziej sprzyjające rzuciłbym ją na tylne siedzenia i pieprzył bez względu na wszystko, jednak niestety okoliczności nam nie sprzyjały a ja wiedziałem, że za chwilę będziemy musieli zakończyć tę niegrzeczną zabawę.
   Mimo to, postanowiłem cieszyć się chwilą i nacisnąłem wolną ręką zielony guzik przy drzwiach przyciemniający szyby. Następnie chwyciłem obiema dłońmi piersi Lucy wywołując u niej natychmiastowy jęk.
  - Wiesz, co chciałbym z tobą teraz robić? - spytałem uśmiechając się do niej uwodzicielsko, choć wiedziałem, że nie muszę zadawać tego typu pytań, żeby znać jej odpowiedź.
  - Wiem, ale wiesz o tym, że za chwilę będziemy musieli przestać?
  - Niestety tak. - przytaknąłem i jak na zawołanie telefon Lucy zabrzęczał w jej torbie położonej na siedzeniu obok.
   Ku mojemu niezadowoleniu, zeszła z moich kolan zajmując swoje miejsce i odczytując wiadomość widniejącą na ekranie. Na całe szczęście zapomniała założyć z powrotem bluzki, dlatego jeszcze przez chwilę mogłem pogapić się trochę na jej piersi dopóki nie odłożyła swojego telefonu i nie sięgnęła po górną część garderoby pozostawioną przy moim siedzeniu.
  - Lily, napisała mi, że pojedzie razem z Liamem i Justinem, więc możemy ruszać. - oświadczyła zakładając kurtkę. - Spotkamy się z nimi pod galerią.
  - Jasne. - mruknąłem odpalając samochód i wyjeżdżając spod szkoły na główną ulicę. Byłem naprawdę niezadowolony faktem, że nie zdążyliśmy pobawić się jeszcze trochę. Skoro Justin pewnie dopiero podjeżdża pod szkołę kilka minut postoju nikomu by nie zaszkodziło, a zwłaszcza mi ponieważ naprawdę trudno jest prowadzić z uciskającym cię penisem, który próbuje wydrzeć ci się ze spodni. Jeżeli przez 20 minut nie opadnie, to będę musiał chodzić z namiotem w spodniach po sklepie, a wtedy już nie będzie ani trochę zabawnie.
  - George nadal nie chce zasnąć? - zagadała Lucy spoglądając na moje krocze i śmiejąc się pod nosem co tylko bardziej mnie dobiło.
  - Jakbyś go nie obudziła to by nie wstał. - warknąłem zaciskając palce mocniej na kierownicy.
  - Hmm, idąc tym tropem, jakbyś nie kazał mi zdejmować bluzki, to twój kolega by się nie obudził. - Lucy chyba naprawdę bawiła ta cała sytuacja, ale droga do centrum powoli stawała się coraz krótsza, a mój przyjaciel naprawdę nie miał zamiaru iść spać co tylko mnie bardziej frustrowało.
  - To nie jest śmieszne, jeżeli on nie opadnie zanim dojedziemy do tego cholernego centrum, to będę musiał sam go uśpić, chyba, że ty chcesz mi w tym pomóc. - spojrzałem na Lucy z nadzieją, jednak ona tylko pokręciła z rozbawieniem głową.
  - Nie licz na to.
                                                                     ***
   W czasie drogi mój przyjaciel - George postanowił jednak wrócić do stanu spoczynku. Na całe szczęście ponieważ inaczej musiałbym szukać ustronnego, bezludnego miejsca, w którym mógłbym pomóc mojemu koledze opaść, z racji, że Lucy nie zgłosiła się na ochotnika. Przez kilka minut czekaliśmy w moim rozgrzanym samochodzie na parkingu, aż łaskawie białe lamborghini Justina dotarło na miejsce. Po chwili ze środka wypadli kolejno: Liam, Lily i Justin.
   Moi przyjaciele - jak przystało na dwóch dżentelmenów - przywitali się grzecznie z Lucy, po czym mogliśmy ruszyć spokojnie w stronę wielkiej galerii handlowej.
   - Justin, uważaj drzwi! - krzyknąłem odciągając przyjaciela od obrotowych, szklanych drzwi i kierując go w dobrą stronę tak, żeby nie zderzył się z drzwiami, które odkąd go znam, bardzo go przerażały, ponieważ zawsze w nie wpadał.
   Lucy i Lily spojrzały po sobie dziwnie, a następnie przekierowały zdziwione spojrzenia na Justina.
  - No co, ma problem ze szklanymi drzwiami. Nie widzi szkła. - wyjaśniłem wzruszając ramionami.
  - Często wpadasz w drzwi Justin? - zagadała Lucy śmiejąc się razem z Lily.
  - Czasami, gdy ktoś mnie od nich nie odciągnie. - Justin również się zaśmiał. Widocznie przypadło mu do gustu towarzystwo dziewczyn co nie bardzo mi się podobało. Był to chyba jedyny moment w całym moim życiu, w którym chciałem, żeby Kate również tu była dzięki czemu Justin miałby się kim zająć.
  - Do którego sklepu wchodzimy najpierw? - zapytał Liam, stając przy sklepie jubilerskim "Pandora".
  - Chyba możemy do tego. - stwierdziłem wskazując na szyld wiszący przy sklepie, przy którym stał. - Kate lubi błyskotki z tego sklepu? - zwróciłem się do drugiego przyjaciela, który zawzięcie z kimś pisał.
  - Oh, tak. - natychmiast odpowiedział, chowając telefon. - Ma srebrną bransoletkę z zawieszkami z tego sklepu, dostała ją od jej brata. Mówi, że bransoletki w tym sklepie są cudowne. Kocha rzeczy, które się świecą.
  - To dobrze, może będę miał dla niej prezent z głowy. - powiedziałem przekraczając próg "Pandory".
   W oczy natychmiast rzuciło mi się pełno szklanych gablot z najróżniejszym zawieszkami, bransoletkami, srebrnymi brożkami i innego tego typu świecidełkami. Dwie ekspedientki stojące przy kasie uśmiechnęły się do nas miło, a trzecia, która wyszła zza niedużych drzwi podeszła w naszą stronę.
  - Mogę w czymś państwu pomóc? - zgadała wesoło z takim samym wyćwiczonym uśmiechem na ustach.
  - Szukamy czegoś na prezent dla koleżanki. - odpowiedziałem przekierowując swój wzrok na ekspedientkę z wygrawerowanym na srebrnej przypince imieniu: Jessy. - Jakiejś bransoletki czy coś w tym rodzaju. - dodałem.
  - Tu ma pan, wszystkie rodzaje bransoletek. - powiedziała ekspedientka pokazując na gablotkę przed nami. - Srebrne, z zawieszkami bądź bez. Mi osobiście podoba się ta. - wskazała na srebrną bransoletkę z trzema niebieskimi kryształowymi koralikami i dwiema zawieszkami z wieżą Eiffela. Jej cena nie była za specjalnie niska, jednak przy moim budżecie, cena 300 funtów nie była wysoka.
  - Kate się spodoba. - pokiwał głową Justin podchodząc do szklanej gabloty. - Najbardziej lubi zawieszki.
  - Bardzo dobrze, w takim razie nich mi ją pani zapakuje. - poprosiłem, zadowolony z faktu, że w ciągu zaledwie kilku minut, już miałem prezent dla Kate, która moim zdaniem na niego zdecydowanie nie zasługuje, jednak nie wypada przychodzić na czyjeś urodziny bez prezentu. Mam w sobie jeszcze w sobie resztki kultury nawet do nie lubianych osób.
   Ekspedientka grzecznie zapakowała bransoletkę w niebieskie pudełko, i pożegnała całą naszą piątkę, gdy już wychodziliśmy ze sklepu. Po kilkunastominutowym chodzeniu po galerii, zdecydowaliśmy się rozdzielić. Ja, Justin i Lucy poszliśmy w swoją stronę, a Liam i Lily w swoją. Lucy weszła do kilku sklepów z torebkami, jednak jak się okazało, część z nich Kate już miała, a reszta była podobno nie w jej stylu. Wreszcie weszliśmy do sklepu z ubraniami, gdzie Lucy przystanęła przy wieszakach z sukienkami i zaczęła przeglądać po kolei każdą z nich.
  - Kate świetnie wygląda w sukienkach podkreślających jej talię. - powiedział Justin podchodząc do Lucy i również przyglądając się sukienkom.
  - Tak, wiem. Zazwyczaj właśnie takie nosi. Jest bardzo szczupła. Myślisz, że ta jej się spodoba? - Lucy zdjęła z wieszaka czarną krótką sukienkę, z wycięciem na dekolt.
  - Nie, nie, nie. - Justin pokręcił głową. - Za duży dekolt, Kate nie może jej założyć, za bardzo przyciągałaby uwagę innych facetów. Poszukajmy innej.
  - Byłbyś zazdrosny o swoją kaczuszkę? - uśmiechnąłem się prowokacyjne przypominając sobie nazwę, pod którą mój wielce zakochany przyjaciel zapisał Kate.
   Gdy pisał do niej smsa zobaczyłem kątem oka nazwę "Kaczuszka" na ekranie jego telefonu, a kiedy zapytałem Justina skąd ta nazwa zawstydził się i wyjaśnił, że nazywa ją kaczuszką, bo uwielbia kiedy się ją karmi tak jak kaczki. Później szybko pożałowałem swojego pytania, ponieważ zostałem uraczony przez Justina opowieściami na temat tego jak karmią się nawzajem z Kate kanapkami z nutellą, którą uwielbia, albo jak wyciera jej buzię chusteczką, kiedy się ubrudzi sosem od kebaba. Swoją drogę, myślę, że może nawet mógłbym zrobić coś takiego z Lucy, żeby zdobyć sobie u niej kilka punktów. To wydaje się być nawet słodkie i urocze. Zupełnie jak te zakochane w sobie na zabój pary z romantycznych filmów.
  - Pilnuj swoich spraw, Louis. - uciął krótko Justin, odrobinę speszony.
   Lucy uśmiechnęła się do niego pocieszająco i pogładziła po plecach.
  - Nie przejmuj się nim, zwyczajnie ci zazdrości, że masz być o kogo zazdrosny.
  - Dzięki. - odparł Justin i również uśmiechnął się przyjaźnie do Lucy.
   Jego zachowanie w stosunku do niej zdecydowanie mi się nie podobało. Powinien wiedzieć, że Lucy jest moja i nie może się do niej tak przymilać. No dobra, może nie jest do końca moja, bo w końcu ze sobą nie jesteśmy, ale to nadal nie zmienia faktu, że nie powinien się do niej tak głupkowato uśmiechać. To mnie irytuje.
   Znudzony usiadłem na fotelu niedaleko zagadanych ze sobą Lucy i Justina. Wyjąłem swój telefon i zacząłem grać w grę Candy Crush, gdy już po kilku minutach mój czujny wzrok dostrzegł jak mój przyjaciel znajduje się zdecydowanie za blisko Lucy, której najwyraźniej ani trochę to nie przeszkadzało i dalej spokojnie prowadziła z nim rozmowę, która już bynajmniej nie dotyczyła wyboru sukienki, dlatego uznałem, że muszę mu jasno zaznaczyć swój teren.
   Wstałem szybko z fotela, chowając telefon do kieszeni i odciągnąłem Justina kilka kroków dalej od Lucy. Kiedy napotkałem jego zdziwiony wzrok, powiedziałem tylko.
  -  Moim zdaniem stałeś zdecydowanie za blisko Lucy. Taka odległość będzie odpowiednia.
  - Ktoś tu chyba jest zazdrosny. - zaśmiał się.
  - Wcale nie. - odburknąłem oburzony, nie chcąc wyjść na zazdrośnika. Przecież wcale nim nie jestem, to chyba normalne, że jako facet wolę jasno wyznaczać swoje granice.
  - Jak wolisz, ja i tak wiem swoje. - Justin uśmiechnął się do mnie przebiegle. - Lepiej idź wracaj grać w Candy Crush, bo cię wyprzedzę.
   - Nigdy ci się nie uda. - odpowiedziałem wracając na swoje wcześniejsze miejsce i z powrotem wyciągając telefon, jednak przez cały czas miałem oko na przyjaciela. Wiem, że odkąd Justin zaczął kręcić z Kate, nie patrzy już na inne dziewczyny, jednak i tak na wszelki wypadek wolałem go pilnować.
   Wreszcie po pół godzinnym przerzucaniu cukierków Lucy wspólnie z Justinem wybrała dla Kate sukienkę, więc mogliśmy ku mojemu zadowoleniu opuścić sklep. Liam i Lily również wybrali prezent dla Kate, dlatego następną rzeczą pozostała do zrobienia zostało pojechanie po prezent od Justina. Wszyscy spodziewaliśmy się po nim, tego, że będzie to coś nadzwyczajnego, jednak nikt nie spodziewał się tego co nastąpiło.
   Justin pojechał pod pewien adres, gdzie niejaki pan Lambert posiadał swoją hodowlę małych Yorków. Podobno Kate jest nimi bardzo zafascynowana ponieważ szczekanie tych piesków jest bardzo podobne do chrumkania świni. Nie wiem, czemu jej się to podoba, ale tak czy inaczej Justin twierdził, że kiedy kupi jej tego pieska, będzie wniebowzięta i może nareszcie przestanie kazać mu co chwile chrumczeć.
   Pan Lambert szybko dał nam malutkiego szczeniaczka razem z instrukcją jego obsługi i paczką karmy dla małych piesków. Dziewczyny cały czas wzdychały do małego pieska i co chwilę głaskały go po małej główce. Przyznam, że też rozczuliłem się na widok szczeniaka, jednak szybko musieliśmy wsiąść do samochodu, żeby Yorczek nie zmarzł. Początkowo planowaliśmy wybrać się jeszcze wszyscy do Justina, ale plany uległy małej zmianie. Liam i Lily stwierdzili, że spędzają ostatnio ze sobą za mało czasu, dlatego udali się do domu Liama, natomiast Lucy została nagle wezwana telefonicznie przez swoją mamę do domu z powody jakiejś pilnej sprawy.
   Jedyną osobą, która została byłem ja, dlatego zdecydowałem się wpaść do Justina, po odwiezieniu Lucy do domu.
  - Szkoda, że nie możesz jechać ze mną, chyba polubiliście się z Justinem. - zagadałem podczas prowadzenia, do Lucy.
  - Tak, jest naprawdę bardzo miły. Zresztą Liam też. Nie wiedziałam, że masz tak miłych przyjaciół.
  - Powiedziałbym to samo o twoich przyjaciółkach, jednak niestety mogę wypowiedzieć się pozytywnie tylko o Lily. - odparłem przypominając sobie Kate, kiedy ciągnęła mnie za kaptur i kiedy co chwilę rzucała w moją stronę kąśliwe uwagi. Myślę, że nawet gdybym się starał nie będę w stanie jej polubić.
   W końcu zatrzymałem samochód przy ceglanym domu Lucy. Podziękowała mi za podwózkę i kiedy już planowała wysiąść, w ostatniej chwili zablokowałem jej drzwi.
  - Co jest? - zapytała zdezorientowana, ciągnąc za klamkę przy drzwiach.
  - Chyba zapomniałaś się ze mną należycie pożegnać. - odpowiedziałem posyłając jej jeden z moich uśmiechów w stylu ,,Chcę cie".
   Lucy wywróciła tylko oczami i pochyliła się w moją stronę dając mi krótkiego całusa, jednak ja nie miałem zamiaru poprzestać na tym. Wciągnąłem ją na swoje kolana tak jak poprzednim razem i pogłębiłem pocałunek. Jej torba spadła jej z ramienia, co ułatwiło nam obojgu ruchy. Widocznie była tak samo spragniona jak ja, ponieważ od razu zaczęła oddawać wszystkie moje pocałunki trzymając mnie jedną ręka za szyję, a drugą zsuwając mi z ramion rozpiętą, dżinsową kurtkę. Nie pozostałem jej dłużny. Również zacząłem zdejmować jej kurtkę odrywając się od jej ust i przekierowując swoje usta na obojczyk. Kiedy delikatnie zassałem jej skórę, Lucy jęknęła ciągnąc mnie za końcówki włosów.
  - Louis... ja już muszę... - zaczęła, jednak szybko jej przerwałem powracając do całowania jej miękkich, różowych ust.
  - Nic, nie musisz. - wyszeptałem w przerwie pomiędzy pocałunkami.
   Atmosfera między nami zaczęła robić się coraz bardziej gorąca. Oboje braliśmy co chwilę łapczywe oddechy i naprawdę nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie przeszywająco głośny dzwonek telefonu Lucy.
   Oczywiście nie dzwonił nikt inny jak jej mama, która pospieszała niecierpliwie swoją córkę.
  - Do jutra, Louis - rzuciła Lucy całując mnie po raz ostatni.
  - Do jutra, Lucy. - odpowiedziałem uśmiechając się do niej i patrząc jak wychodzi z samochodu, zabierając swoją torbę z siedzenia, a następnie trzaska drzwiami.
   Z uśmiechem na ustach, wyjechałem z jej ulicy układając w głowie plan jutrzejszego dnia, tak, żebyśmy jak najwięcej czasu mogli spędzić tylko we dwoje z dala od tłumu ludzi, który będzie w domu Kate i Zayna na imprezie. Za każdym razem, kiedy w moim pobliżu znajduje się Lucy nie myślę o niczym innym jak tylko o tym, żebym mógł całować jej słodkie usta i dotykać ją jak najdłużej. Czuję, że mój sposób myślenia powoli zaczyna odbiegać od normy.
                                                                         ***
  Następny rozdział: 3 stycznia.
   Z okazji świąt życzymy wszystkim czytelnikom Wesołych Świąt, udanej imprezy sylwestrowej oraz szczęśliwego nowego roku!


.